Kilka anegdot, a więc w filmie, który przyniósł mu pierwszego Oscara, Day-Lewis wcielił się w postać Christy'ego Browna, irlandzkiego malarza i pisarza cierpiącego na ciężkie porażenie mózgowe, który potrafił kontrolować jedynie lewą stopę.
Daniel odmówił schodzenia z wózka inwalidzkiego przez cały okres produkcji. Spędzał na nim po kilkanaście godzin dziennie, również wtedy, gdy kamery były wyłączone. Członkowie ekipy filmowej musieli nosić go na rękach nad kablami, a w stołówce karmić go łyżeczką, ponieważ aktor nie chciał wyjść z roli nawet podczas przerw na obiad. Przez wielotygodniowe, ciągłe przebywanie w skurczonej, nienaturalnej pozycji na wózku, aktor złamał dwa żebra, ale nie przerwał zdjęć.
Przygotowując się do roli Sokolego Oka, aktor uznał, że musi poczuć to, co jego bohater.
Gdy się przygotowywał do "Ostaniego Mohikanina" przez kilka miesięcy mieszkał samotnie w kompletnej dziczy w lasach Karoliny Północnej. Nauczył się tropić zwierzynę, rzucać tomahawkiem oraz budować canoe ze skóry i drewna. Jadł wyłącznie to, co sam upolował i osobiście oskórował. Na planie filmu pojawiał się zawsze ze swoją masywną strzelbą z epoki – nie rozstawał się z nią nawet podczas świątecznego obiadu z rodziną.
👇🤩👇
"Przez kilka miesięcy jeden z najwybitniejszych aktorów Hollywood codziennie o ósmej rano pojawiał się w niewielkim warsztacie szewskim we Florencji. Spędzał tam całe dnie, przycinając skórę, poznając tajniki rzemiosła i ucząc się ręcznego wykonywania butów. Miał już na koncie Oscara, ale w tym miejscu nie był żadną gwiazdą. Był zwykłym uczniem, który musiał słuchać wskazówek mistrza i zaczynać wszystko od podstaw.
Tym człowiekiem był Daniel Day-Lewis.
W 1997 roku, po występie w filmie „Bokser”, brytyjski aktor postanowił na jakiś czas wycofać się z kina. Miał już ugruntowaną pozycję w branży, uznanie krytyków i prestiżowe nagrody. Mimo to zdecydował się poświęcić czemuś zupełnie innemu. Chciał spróbować pracy, w której liczą się przede wszystkim cierpliwość, precyzja i umiejętności własnych rąk.
W 1999 roku przeprowadził się do Florencji, gdzie rozpoczął naukę u Stefano Bemera, cenionego włoskiego rzemieślnika specjalizującego się w szyciu luksusowych butów na miarę.
Poznali się, kiedy Day-Lewis przyszedł do jego pracowni zamówić parę butów. Aktor był tak zafascynowany sposobem pracy mistrza, że zamiast poprzestać na zakupie, zapytał, czy mógłby zostać jego uczniem.
I tak człowiek, którego twarz znały miliony widzów, zaczął spędzać po osiem godzin dziennie w niewielkim warsztacie. Uczył się odpowiednio dobierać i ciąć skórę, pracować z kopytami szewskimi, przygotowywać poszczególne elementy obuwia i łączyć je w gotową całość. Nie oczekiwał żadnego specjalnego traktowania. Obowiązywały go te same zasady co każdego początkującego adepta zawodu.
Najbardziej zaskakujące było jednak to, że nie przygotowywał się w ten sposób do żadnej roli filmowej. Nie zbierał materiałów do nowej produkcji ani nie próbował wcielić się w postać szewca. Po prostu naprawdę chciał nauczyć się robić buty.
Do kina wrócił dopiero wtedy, gdy Martin Scorsese przekonał go do zagrania w „Gangach Nowego Jorku”, które miały premierę w 2002 roku. W kolejnych latach Day-Lewis stworzył następne wybitne kreacje, zdobywając jeszcze dwa Oscary — za role w filmach „Aż poleje się krew” oraz „Lincoln”.
Mimo ogromnego sukcesu nigdy nie zachowywał się jak typowy hollywoodzki celebryta. Nie zabiegał o rozgłos, rzadko udzielał wywiadów i konsekwentnie chronił swoją prywatność.
W 2017 roku ponownie ogłosił zakończenie kariery aktorskiej.
A 3 grudnia 2018 roku ktoś sfotografował go na ławce w jednym z nowojorskich parków. Siedział tam w beżowej kurtce, roboczych spodniach, solidnych butach i wełnianej czapce. Wyglądał jak zwyczajny człowiek, który wyszedł na spacer i postanowił na chwilę odpocząć.
Miał wtedy 61 lat. W dłoni trzymał stary telefon z klapką — urządzenie, które w czasach wszechobecnych smartfonów wydawało się już niemal zabytkiem.
Zdjęcie szybko obiegło media. Pisały o nim nawet takie magazyny jak „Vogue” i „GQ”. Trzykrotny zdobywca Oscara, jeden z najbardziej cenionych aktorów swojego pokolenia, siedział spokojnie na parkowej ławce, zaglądał do telefonu i coś przekąszał.
Bez ochroniarzy, bez luksusowego samochodu i bez całej otoczki, z którą zwykle kojarzy się życie wielkich gwiazd.
Ta zwyczajna fotografia tylko umocniła jego wizerunek człowieka, dla którego sława nigdy nie była najważniejsza.
Okazało się jednak, że jego pożegnanie z kinem nie było ostateczne.
W 2025 roku, po ośmiu latach przerwy, Daniel Day-Lewis powrócił na ekran w filmie „Anemone”. Scenariusz napisał wspólnie ze swoim synem, Ronanem Day-Lewisem, który stanął również za kamerą jako reżyser.
I tak człowiek, który u szczytu kariery potrafił porzucić Hollywood, by w małej florenckiej pracowni uczyć się szewskiego fachu, po latach wrócił do aktorstwa, aby po raz pierwszy zagrać w filmie wyreżyserowanym przez własnego syna.
Jego historia przypomina, że nawet największy sukces nie musi oznaczać, że przez całe życie trzeba podążać tą samą drogą. Czasem warto odłożyć na bok to, co przyniosło nam sławę i uznanie, żeby po prostu robić coś, co naprawdę sprawia nam przyjemność. Przytulność"
Kilka anegdot na wstęp, a więc, podczas jednego z wielkich koncertów we Włoszech, gdy Paganini grał wyjątkowo trudny, popisowy utwór, nagle z głośnym trzaskiem pękła pierwsza struna jego skrzypiec. Publiczność zamarła, ale mistrz nawet nie mrugnął okiem i grał dalej, błyskawicznie transponując nuty w głowie. Po chwili, jak w złośliwej komedii, pękła druga struna, a zaraz po niej trzecia. Z instrumentu zwisały smętnie trzy flaki, a przerażona widownia była pewna, że to koniec występów. Wtedy Paganini uniósł skrzypce, uśmiechnął się do dyrygenta i krzyknął na całą salę: "Paganini... i jedna struna!" Po czym po mistrzowsku dokończył koncert, grając wyłącznie na najniższej, basowej strunie G. Ludzie oszaleli z zachwytu, myśląc, że byli świadkami czarnoksięskiego cudu. W rzeczywistości Paganini był geniuszem marketingu – przed koncertami często sam celowo nacinany pilnikiem struny, wiedząc, że pękną podczas dynamicznej gry. Ćwiczył grę na jednej strunie latami, a ten "wypadek" był po prostu idealnie wyreżyserowanym spektaklem pod publiczkę. Paganini potrafił za pomocą swoich skrzypiec idealnie naśladować odgłosy zwierząt jak szczekanie psa, śpiew ptaków czy rżenie konia. Podczas występu w Ferrarze akompaniował na scenie pewnej śpiewaczce. Kobieta wypadła fatalnie i została przez tutejszą, bardzo wybredną publiczność głośno wygwizdana i wybuczany. Wirtuoz uznał zachowanie widowni za grubiańskie i postanowił ukarać publiczność w swoim stylu. Wyszedł na środek estrady, podszedł do krawędzi sceny, przyłożył smyczek do strun i zaczął idealnie imitować głośne, ryczące osiołkowe "I-aa! I-aa!", dając widowni do zrozumienia, co o niej myśli. Tłum wpadł w taką wściekłość z powodu tej bezczelności, że Paganini musiał uciekać z teatru tylnymi drzwiami, a z miasta eskortowała go policja.
👇🤩👇
"W historii muzyki trudno znaleźć postać bardziej tajemniczą, mroczną i fascynującą niż Niccolò Paganini. Ludzie żyjący w XIX wieku naprawdę wierzyli, że człowiek nie jest w stanie wydobywać z drewnianego pudła ze strunami dźwięków tak niebiańskich, a jednocześnie tak przerażających, bez pomocy sił nadprzyrodzonych. Nazywano go „skrzypkiem diabła”, ale za tą mistyczną otoczką krył się głęboki osobisty dramat człowieka, który na szczyt sławy wspiął się przez fizyczny ból, samotność i katorżniczą pracę.
Niccolò Paganini urodził się 27 października 1782 roku w Genui, w ubogiej, wielodzietnej rodzinie. Jego ojciec, Antonio Paganini, był drobnym handlarzem pracującym w porcie. Uwielbiał muzykę i sam próbował grać na mandolinie, choć bez większych sukcesów. Kiedy odkrył, że mały Niccolò ma słuch absolutny, postanowił zrealizować własne niespełnione ambicje za pośrednictwem syna.
Metody wychowawcze ojca były spartańskie, żeby nie powiedzieć okrutne. Antonio miał zamykać drobnego, chorowitego chłopca w ciemnej szopie i zmuszać go do ćwiczenia nawet przez 12–15 godzin dziennie. Za najmniejszy błąd lub oznaki zmęczenia dziecko pozbawiano jedzenia. Taka przemoc na zawsze odbiła się na i tak już słabym zdrowiu Niccolò, ale jednocześnie wykształciła w nim niezwykłą, niemal fanatyczną dyscyplinę muzyczną. W wieku ośmiu lat komponował już własne sonaty, których poziom trudności wprawiał w zakłopotanie nawet dorosłych muzyków.
Kiedy Paganini dorósł i zaczął koncertować, samo jego pojawienie się na scenie wywoływało ogromne poruszenie. Był trupio blady, miał zapadnięte policzki, długie, potargane włosy i przenikliwe, niemal gorączkowe spojrzenie. Jednak najbardziej zdumiewały jego dłonie. Nienaturalnie długie, cienkie, przypominające pajęcze odnóża palce wyginały się w sposób, który wydawał się niemożliwy. Mistrz potrafił podobno, nie zmieniając ułożenia dłoni, rozciągnąć palce tak szeroko, że obejmował aż cztery oktawy, wykonując niewiarygodne skoki po gryfie skrzypiec.
Współczesna medycyna próbowała wyjaśnić tę niezwykłą sprawność. Według jednej z teorii Paganini cierpiał na zespół Marfana, rzadką genetyczną chorobę tkanki łącznej. To właśnie ta wrodzona nieprawidłowość mogła odpowiadać za jego nadzwyczajną, wręcz patologiczną elastyczność stawów. To, co publiczność uważała za diabelskie piętno, mogło być w rzeczywistości objawem poważnego schorzenia, które mistrz potrafił wykorzystać w swojej grze.
Paganini całkowicie odmienił technikę gry na skrzypcach, wyprzedzając swoją epokę o całe pokolenia. Spopularyzował wirtuozowskie wykorzystanie flażoletów, pizzicato wykonywane lewą ręką oraz grę na jednej strunie, najczęściej na najniższej strunie G. Kiedy podczas jego koncertów, wskutek szaleńczego tempa gry, pękały struny, publiczność zamierała z przerażenia, a mistrz z uśmiechem kontynuował najbardziej skomplikowane pasaże na tych, które pozostały. Krążyły nawet opowieści, że Paganini celowo nadpiłowywał struny przed występem, zamieniając pozorną awarię w element wielkiego widowiska.
Niccolò Paganini intuicyjnie zrozumiał zasady show-biznesu na długo przed tym, zanim ktokolwiek zaczął używać tego określenia. Wokół jego osoby narastały legendy o rzekomym pakcie z diabłem, a nawet o tym, że miał trafić do więzienia za zamordowanie ukochanej kobiety, której żyły wykorzystał później jako struny do skrzypiec. Choć niektóre z tych plotek próbował dementować, tajemnicza atmosfera wokół jego osoby tylko się umacniała. Czarna peleryna, powóz wyłaniający się z mroku, niepokojący wygląd i aura niedostępności — wszystko to sprawiało, że jego występy stawały się czymś znacznie większym niż zwykłe koncerty. Bilety kosztowały astronomiczne sumy, a Paganini dorobił się ogromnego majątku. Jednak legenda, która przyniosła mu sławę, ostatecznie obróciła się przeciwko niemu.
Heinrich Heine:
„W jego czarnym fraku i bladej twarzy było coś przerażającego... Kiedy zaczynał grać, przed moimi oczami pojawiały się obrazy piekła i nieba. Zdawało się, że z jego skrzypiec dobiegają krzyki dusz zmarłych. Podczas jednego z koncertów miałem wrażenie, że za jego plecami stoi złowroga czarna postać, która prowadzi jego smyczek”.
Ferenc Liszt:
„Ileż cierpienia, ileż geniuszu kryje się w tym człowieku! Po koncercie Paganiniego zrozumiałem, jaki powinien być prawdziwy artysta. Otworzył przed nami nowe horyzonty sztuki, pokazując, że możliwości ludzkiego geniuszu nie mają granic”.
Pod koniec życia zdrowie ostatecznie odmówiło mistrzowi posłuszeństwa. Wieloletnia gruźlica krtani pozbawiła go głosu. W ostatnich miesiącach Paganini porozumiewał się z synem wyłącznie za pomocą kartek z zapisanymi wiadomościami. Wielki skrzypek zmarł 27 maja 1840 roku w Nicei.
Tuż przed śmiercią, z powodu niezwykle silnego kaszlu i problemów z mówieniem, nie był w stanie przyjąć komunii od odwiedzającego go duchownego. Według jednej z relacji miał jedynie zniecierpliwiony machnąć ręką. Kościół uznał ten gest za świadomą odmowę przyjęcia sakramentu i odrzucenie Boga. Biskup Nicei oficjalnie zakazał pochowania Paganiniego w poświęconej ziemi.
Pośmiertne losy mistrza okazały się bardziej przerażające niż niejedna wymyślona historia. Jego syn, Achille, przez dziesięciolecia poświęcał ogromne pieniądze i siły na walkę o godny pochówek ojca. Trumna z ciałem wielkiego muzyka przez wiele lat była przenoszona z miejsca na miejsce. Przechowywano ją w wilgotnych pomieszczeniach, przewożono na odosobnione wyspy, a nawet potajemnie grzebano na terenach prywatnych posiadłości. Dopiero w 1876 roku, 36 lat po śmierci Paganiniego, jego szczątki przeniesiono na cmentarz w Parmie, gdzie wreszcie znalazły miejsce spoczynku.
Życie Niccolò Paganiniego to opowieść o odwiecznym lęku ludzi przed tym, czego nie potrafią zrozumieć i co wykracza poza granice ich wyobraźni. Człowiekowi od zawsze łatwiej było uwierzyć w tajemniczy pakt, czary czy ingerencję sił nadprzyrodzonych niż przyjąć do wiadomości, że dzięki niewyobrażalnie ciężkiej pracy, cierpieniu i determinacji można dokonać rzeczy, które wydają się przeczyć prawom fizyki.
Paganini nie sprzedał duszy ciemności. Oddał sztuce całe swoje wyniszczone ciało, wszystkie siły i niemal całe życie. A diabeł nie miał z tym nic wspólnego. Była to czysta, absolutna i niemal przerażająca magia ludzkiej woli, która do dziś rozbrzmiewa w każdej nucie jego wielkich kaprysów. Przytulność"
Anedota - Zanim De Niro stał się gwiazdą, przygotowując się do filmu Taksówkarz, naprawdę zatrudnił się jako kierowca nowojorskiej taksówki i jeździł na dwunastogodzinnych zmianach.
Pewnego razu do jego wozu wsiadł pasażer, który był początkującym aktorem. Rozpoznał De Niro, który chwilę wcześniej dostał Oscara za Ojca Chrzestnego II, ale jego twarz nie była jeszcze powszechnie znana. Pasażer spojrzał na licencję kierowcy, potem na Roberta i zapytał z niedowierzaniem: Stary, czy ty nie dostałeś właśnie Oscara? I teraz jeździsz na taryfie? Jezus, aż tak ciężko jest o robotę w tym biznesie po nagrodzie?!
De Niro z kamienną twarzą odpowiedział tylko: "No... bywa ciężko, trzeba z czegoś żyć" i z powrotem skupił się na drodze, nie wyprowadzając chłopaka z błędu i tak być może straciliśmy przyszłego supergwiazdora światowego kina!
👇🤩👇
"W 1973 roku, przygotowując się do kolejnego filmu, Robert De Niro wszedł do brudnej kuchni na Manhattanie, otworzył lodówkę prawdziwego taksówkarza, którego obserwował przez kilka tygodni, i zapisał wszystko, co było w środku.
Był przekonany, że Travis Bickle nie może naprawdę istnieć, dopóki aktor nie zrozumie, jak żyje człowiek, którego ma zagrać — zwłaszcza wtedy, gdy nikt go nie widzi.
Studio miało wątpliwości.
Mówili, że rola jest zbyt ryzykowna.
Twierdzili, że widzowie nie będą chcieli oglądać historii o samotności i gniewie.
De Niro zignorował wszystkie ostrzeżenia.
Zrobił prawdziwą licencję taksówkarza, jeździł nocą po Brooklynie i Bronksie przez dwanaście godzin, poznając pasażerów w ciszy i zapamiętując brzmienie ich głosów.
Nosił mały notes, w którym zapisywał zamówienia jedzenia, slang i obserwacje dotyczące zmęczonych ludzi zasypiających na tylnym siedzeniu.
Badał, jak siedzą kierowcy, jak żują gumę, jak kręcą kierownicą podczas długich, pustych godzin.
Kiedy zaczęły się zdjęcia, reżyser Martin Scorsese patrzył, jak De Niro tak całkowicie stał się Travisem, że nawet ekipa filmowa mówiła do niego inaczej.
W przerwach siedział w kabinie z włączonym taksometrem, jakby naprawdę mógł zaraz pojawić się kurs.
Po cichu powtarzał kwestie.
Zmieniając postawę, zamykał się w sobie.
Jego przemiana była tak dokładna, że Jodie Foster później mówiła, że czuła się przy nim nieswojo nawet w najspokojniejszych scenach.
A potem przyszła słynna scena z lustrem.
W scenariuszu była tylko jedna linijka dialogu.
De Niro zamknął drzwi przyczepy, wziął głęboki oddech — i pozwolił postaci mówić.
Powstał monolog tak intensywny i szczery, że Scorsese odmówił wycięcia choćby jednego słowa.
Napięcie było wyczuwalne w każdym kadrze filmu.
De Niro utrzymywał taki poziom poświęcenia przez całą swoją karierę.
Do „Wściekłego byka” przytył prawie trzydzieści kilogramów i trenował z prawdziwymi bokserami, aż miał siniaki na żebrach.
Do „Ojca chrzestnego II” nauczył się sycylijskiego dialektu od starszych sąsiadów z Małej Italii, obserwując ich gesty i pauzy, aż trenerzy od mowy stwierdzili, że brzmi jak rodowity mieszkaniec.
Nigdy nie polegał na wyglądzie.
Polegał na zanurzeniu, dyscyplinie i prawdzie.
Robert De Niro tworzył postaci od środka — kawałek po kawałku — aż stawały się bardziej żywe niż fikcja.
Pokazał, że wielkie aktorstwo to nie imitacja.
To całkowite oddanie się życiu, które kryje się w czyichś oczach. Przytulność"
Aby jedno z partnerów mogło w dojrzałym wieku "szukać siebie", chodzić na terapię, inwestować czy zapisywać się na kursy, ktoś inny musiał wcześniej zbudować do tego bezpieczną, stabilną bazę finansową. Ciężka, codzienna praca fizyczna lub etatowa mężczyzny często była tarczą, która chroniła rodzinę przed kryzysem. Bez tego fundamentu nie byłoby mowy o żadnej "strefie komfortu", z której ona teraz tak dumnie wychodzi. Więc drogie panie, trochę umiaru i rozsądku zalecam.
👇🤩👇
"1. Ona zaczęła wstawać o 6:00, żeby pobiegać. On spał do dziesiątej. Ona poszła na terapię. On powiedział: „mi tam dobrze tak, jak jest”. Ona zapisała się na kursy, zaczęła inwestować, wyszła poza strefę „małych rozmów”. On został w memach i wiadomościach. I któregoś wieczoru, przy kolacji, zrozumiała: oni już nie idą w tę samą stronę. On nie był zły. Po prostu został tam, gdzie jej zrobiło się już za ciasno.
2. Rozwój jednego zawsze uwidacznia zatrzymanie drugiego. Kiedy jedno się rozwija, a drugie kurczowo trzyma się „jak dawniej” — powstaje przepaść. Jedno słucha wykładów, drugie scrolluje TikToka. Jedno planuje wyjazd do nowego kraju, drugie narzeka na ceny w Biedronce. I to nie kwestia elitarności. To kwestia kierunku. Tam, gdzie nie zgadzają się spojrzenia na rozwój, wkrótce nie zgodzą się i spojrzenia na siebie nawzajem.
3. Prawdziwe pęknięcie przychodzi cicho. Ty się dzielisz — a on odpowiada półsłówkiem. Ty jesteś pełna inspiracji — a on ziewa. On śmieje się z filmiku, a ty w tym samym momencie czytasz o przyszłości. I nie ma dramatu. Ale ciało milknie. Przestajesz sięgać. Nie dlatego, że nie kochasz. Ale dlatego, że obok nie ma wsparcia. Jest tylko powtórka. Obok nie ten, z kim chcesz iść. Tylko ten, przy którym „trzeba” zostać.
4. Milczysz — nie dlatego, że wszystko jest dobrze. Ale dlatego, że to bez sensu. Bo on i tak powie: „No weź, znowu komplikujesz”. I coś w tobie gaśnie. Przestajesz podziwiać. A gdy przestajesz podziwiać — przestajesz chcieć. A gdy przestajesz chcieć — zaczyna się zdrada wewnętrzna. Najpierw wobec siebie. Potem wobec związku. I dalej jesteś obok, już wiedząc: odeszłaś pierwsza. Tylko nie nogami.
5. Najuczciwsze, co można powiedzieć: „Ty nie musisz się zmieniać. Ale ja nie muszę zostawać”. Związek to nie „na zawsze”. To „dopóki idziemy w jednym kierunku”. Możesz stać w miejscu. Ale wtedy tracisz prawo być obok. Bo miłość to nie tylko uczucie. To także ruch. A miłość bez ruchu zamienia się w rutynę, w której nie ma już ciebie prawdziwej.
Nie zdradzasz, jeśli wybierasz dalej siebie. Zdradzasz, gdy zostajesz w tym, w czym już się skończyłaś. Kawa z mlekiem"
Relacja z dnia życia dwóch szczęściar👇🤩👇
"Mam już osiemdziesiąt lat i każdego dnia opiekuję się swoją mamą, która ma dziewięćdziesiąt osiem.
Dwie stare kobiety pod jednym dachem — obie wychowały dzieci, obie pochowały swoich mężów, obie przeżyły życie tak bogate, że nie sposób objąć go słowami.
— Mamusiu, spójrz tylko na nas… dwie staruszki, jedna starsza od drugiej — czasem żartuję.
A ona się śmieje — tym samym śmiechem, który pamiętam jeszcze z czasów, gdy nosiłam jej wodę ze studni wiadrem większym ode mnie samej.
Tak, bywa ciężko. Ale widocznie Bóg właśnie tak zaplanował naszą starość — żebyśmy były dla siebie aż do ostatniego dnia.
Moja mama zawsze była mocnym filarem domu: uczyła mnie szyć, prowadzić gospodarstwo, nie łamać się, gdy życie przyciska do ściany.
Teraz jej palce drżą, gdy próbuje zapiąć guzik, a obraz przed oczami rozmywa się, kiedy pochyli się zbyt blisko.
A jednak każdego ranka to ona pierwsza mówi:
— Wstawaj, córeczko. Jest dużo do zrobienia. Nie wolno się zaniedbywać.
Patrzę na nią i nie rozumiem, jak w jej dziewięćdziesięciu ośmiu latach może mieszkać tyle siły.
Pomagam jej schodzić po schodach, ale prawda jest taka, że to ona podtrzymuje mnie —
swoim spokojem, swoją mądrością, swoją ciszą człowieka, który już wszystko przeszedł i niczego się nie boi.
Pewnego wieczoru, gdy otulałam ją kocem, ujęła moją dłoń swoimi zimnymi rękami.
— Przecież, córeczko, marzyłaś o innej starości…
O spacerach, radości, a nie o siedzeniu przy moim łóżku jak przy niemowlęciu.
— Mamo — odpowiedziałam — niczego innego nie potrzebuję. Moje miejsce jest przy tobie.
Westchnęła długo — z żalem i wdzięcznością jednocześnie.
Wiem, że bolą ją kości, że noce są dla niej trudne, że czasem myli dni.
Ale rano, gdy stawiam przed nią filiżankę kawy z kwiatkami i otwieram drzwi, by wpuścić świeże powietrze, znów mówi:
— Spójrz, córeczko… Bóg podarował nam jeszcze jeden dzień.
I wtedy rozumiem:
opiekuję się nią nie dlatego, że muszę.
Lecz dlatego, że nawet teraz, mając prawie sto lat, uczy mnie prawdziwej miłości — tej, która zatrzymuje człowieka przy tobie nie obowiązkiem, lecz sercem.
W wieku osiemdziesięciu lat pomagam jej założyć skarpetki, zawiązać chustkę, sadzam ją na małej ławeczce na podwórzu.
A kiedy patrzę, jak grzeje się na słońcu, otulona ciepłym kocem, w głowie zostaje tylko jedna myśl:
Jakże wielkim szczęściem jest zestarzeć się u boku osoby, która kiedyś podarowała ci życie. Kawa z mlekiem"
W socjologii medycyny funkcjonuje przekonanie że kobiety chorują częściej, ale mężczyźni umierają szybciej, więc droga Pani, proszę się cieszyć tym co otrzymałaś od losu, my, mężczyźni, nie mamy takiego szczęścia jak Wy i jesteśmy z tym pogodzeni, dużo zdrówka życzę👇❤️👇
"Minęły lata… i nawet nie zauważyłam chwili, kiedy to się stało. Wydawało się, że jeszcze wczoraj miałam nieskończone siły: mogłam pracować cały dzień, troszczyć się o dom i dzieci, a mimo to starczało mi energii, by wysłuchać problemów innych. Zmęczenie znikało po kilku godzinach snu, a pamięć była przy mnie jak otwarta księga.
Dziś jest inaczej. Ciało zaczyna domagać się tego, co kiedyś znosiło w milczeniu: kolana bolą przy schodzeniu po schodach, kroki stają się wolniejsze, a siły znikają znacznie szybciej. To, co dawniej było proste, teraz wymaga cierpliwości. Nawet pamięć czasem mnie zawodzi, gubiąc drobiazgi, których wcześniej nigdy bym nie przeoczyła.
Najtrudniejsze jest nie tylko to, że siły odchodzą, lecz także to nieustanne przypomnienie, że czas się nie zatrzymuje. I choć czasem uśmiecham się, by to ukryć, w głębi serca boli przyznać, że nie jestem już tą samą osobą co kiedyś.
Ale zrozumiałam też, że nie wszystko się traci. Lata przynoszą także niewidzialne dary: zdolność do delikatniejszych uścisków, prawdziwego słuchania, spokojniejszego śmiechu i doceniania małych rzeczy, które dawniej umykały uwadze.
Tak, czas odebrał mi sprawność… ale dał w zamian inną perspektywę. Nauczył mnie, że najważniejsze nie jest w biegu, lecz w radości z drogi. Że blizny opowiadają historie, że cisza również ma swój głos, a życie mierzy się nie tym, co osiągnęłaś, lecz tym, co przeżyłaś.
Minęły lata, a ja wciąż tu jestem. Może z mniejszą siłą w ciele, ale z większą mocą w sercu. Bo nawet jeśli czas zmienił mój krok, nigdy nie wymaże tego, co kochałam, czego się nauczyłam i wszystkiego, co jeszcze przede mną. Kawa z mlekiem"
We wrześniu 2026 roku para, znana milionom widzów z kanału Squirmy and Grubs, podzieliła się radosną nowiną, Hannah jest w ciąży. Ich dziecko ma przyjść na świat w styczniu 2027 roku. Dziś, po ponad 10 latach bycia razem i 6 latach małżeństwa, Shane i Hannah nie tylko udowodnili sceptykom, jak trwała jest ich miłość, ale też szykują się do najważniejszej roli w życiu, roli rodziców.
👇😍❤️👇
"💍♿❤️ Przez lata ludzie patrzyli na ich związek i wyciągali wnioski, o które nikt ich nie prosił.
Niektórzy myśleli, że to niemożliwe.
Niektórzy uznawali, że to nie może być miłość.
Niektórzy widzieli nie parę, lecz „opiekunkę” i „pacjenta”.
Niektórzy po prostu nie potrafili sobie wyobrazić, że osoba na wózku może mieć pełną relację, małżeństwo, bliskość, humor, wolność i wybór.
Ale Shane i Hannah nie postanowili żyć według ograniczonych wyobrażeń innych ludzi.
Postanowili żyć głośno.
Shane urodził się z rdzeniowym zanikiem mięśni i korzysta z wózka od drugiego roku życia.
Hannah po raz pierwszy napisała do niego przez internet.
Na początku była to tylko rozmowa.
Wiadomości.
Żarty.
Ciekawość.
Szczera chęć poznania się bliżej.
A potem ta rozmowa stała się związkiem.
Relacją, która przetrwała lata.
Spojrzenia.
Komentarze.
Wątpliwości innych ludzi.
I ostatecznie doprowadziła ich do małżeństwa we wrześniu 2020 roku.
Ale im bardziej widoczna stawała się ich historia, tym głośniejsze były uprzedzenia.
Shane wiele razy mówił, że ludzie często automatycznie zakładają, iż Hannah jest jego pielęgniarką albo opiekunką.
Nie żoną.
Nie kobietą, którą kocha.
Nie partnerką.
Nie osobą, która sama wybrała bycie obok niego.
Tylko „tą, która pomaga”.
Jakby miłość była niemożliwa, gdy jeden z partnerów ma niepełnosprawność.
Jakby małżeństwo musiało wyglądać wyłącznie tak, jak inni przywykli je widzieć.
Jakby fizyczna mobilność decydowała o tym, czy człowiek może być pożądany, samodzielny, silny, zabawny, głęboki i kochany.
Ale Shane i Hannah nie ukryli się przed tymi spojrzeniami.
Otworzyli kanał na YouTube i zaczęli pokazywać swoje życie.
Nie po to, by się tłumaczyć.
Nie po to, by prosić o pozwolenie na miłość.
Nie po to, by udowadniać oczywistości każdemu sceptykowi.
Ale po prostu po to, by pokazać rzeczywistość.
Podróże.
Codzienność.
Rozmowy.
Śmiech.
Niezręczne momenty.
Wsparcie.
Wyzwania.
To, jak dwoje ludzi buduje wspólne życie — nie idealne, nie bajkowe, ale prawdziwe.
Ich historia nie polega na romantyzowaniu trudności.
I nie polega na udawaniu, że niepełnosprawność nie niesie ze sobą wyzwań.
Chodzi o coś innego.
O to, że człowiek jest czymś więcej niż swoim ciałem.
Więcej niż diagnozą.
Więcej niż wózkiem.
Więcej niż cudzymi stereotypami.
Więcej niż rolą, którą społeczeństwo próbuje mu narzucić.
Zdrowe relacje nie buduje się na tym, kto w jaki sposób się porusza.
Buduje się je na szacunku.
Wyborze.
Zaufaniu.
Poczuciu humoru.
Codziennej bliskości.
Umiejętności bycia drużyną.
Pragnieniu, by widzieć nie ograniczenie, ale człowieka.
Shane i Hannah przypominają, że miłość nie musi wyglądać wygodnie dla cudzych oczu.
Nie musi przechodzić czyjegoś testu.
Nie musi mieścić się w schemacie.
Nie musi tłumaczyć się tym, którzy mylą troskę z litością, a partnerstwo z opieką.
💍♿❤️ Bo prawdziwa miłość nie polega na tym, czy potraficie iść tym samym krokiem.
Polega na tym, czy chcecie zmierzać w tym samym kierunku.
Każde ze swoją historią.
Każde ze swoimi wyzwaniami.
Każde w swoim ciele.
Ale razem.
za Kawa z mlekiem
Szkoła wspólnego życia dla planujących założenie rodziny, jeśli będziesz jej nauk przestrzegał, życie rodzinne będzie jak usłane różami ale tymi bez kolców. Więc warto zapamiętać
👇😍👇
"Pewnego wieczoru nauczyłem się więcej o miłości niż przez całe dzieciństwo.
Po ciężkim dniu pracy mama podała kolację. Przed tatą postawiła grzankę… kompletnie spaloną.
Jako dziecko wstrzymałem oddech, czekając, aż coś powie. Ale on tylko się uśmiechnął, zapytał mnie, jak minął dzień w szkole… i zjadł tost do ostatniego okruszka. Z masłem. Z dżemem. Bez słowa skargi.
Później, gdy zmywała naczynia, usłyszałem, jak mama przeprasza za przypieczony chleb.
Tata spokojnie odpowiedział:
„Nie przejmuj się, czasem lubię mocno przypieczony.”
Zaintrygowany, zapytałem go później szeptem:
— Tato, naprawdę lubisz taki spalony tost?
Uśmiechnął się i przytulił mnie:
„Twoja mama miała trudny dzień. A trochę spalonego chleba jeszcze nikomu nie zaszkodziło.”
A potem dodał słowa, których nigdy nie zapomnę:
„Życie to nie perfekcja. Ludzie też nie są idealni. To, co naprawdę się liczy, to umiejętność kochania mimo niedoskonałości.”
Zanim poszedłem spać, powiedział jeszcze:
„Szczęście to nie prosta droga.
Ma zakręty zwane błędami,
światła stopu, które nazywają się przyjaciele,
i znaki ostrzegawcze, które tworzy rodzina.
A gdy droga staje się trudna, nie zapomnij zabrać:
— koła zapasowego o nazwie determinacja
— silnika o nazwie miłość
— ubezpieczenia zwanego wiarą
— pełnego baku cierpliwości
— i najlepszego kierowcy: Boga. Kawa z mlekiem”
O Korczaku wszyscy wiedzą, i bardzo dobrze, ale że Annie prawie nikt nie wie, to bardzo źle i trzeba to naprawić. Przesyłajcie dalej 👇🥲👇
"Niemcy zaproponowali jej ocalenie życia. Wystarczyło, że zgodzi się opuścić dzieci, którymi opiekowała się od lat. Odmówiła. Zamiast ratować siebie, wybrała ostatnią drogę ze swoimi wychowankami do obozu zagłady w Bełżcu.
Anna Regina Feuerstein urodziła się w 1891 roku w Kołomyi. Była nauczycielką i wychowawczynią, a od 1926 roku pracowała w krakowskim Zakładzie Wychowawczym Sierot Żydowskich.
W marcu 1941 roku wraz z podopiecznymi została przesiedlona do krakowskiego getta.
28 października 1942 roku Niemcy zlikwidowali sierociniec. Najmłodsze dzieci wywieziono i zamordowano w nieznanym miejscu. Części starszych chłopców udało się uciec. Pozostałych zaprowadzono na plac Zgody.
Feuerstein otrzymała propozycję pozostania w getcie i prowadzenia nowej placówki. Nie skorzystała z niej. Wraz z mężem Julianem oraz Dawidem Alterem Kurzmannem postanowiła towarzyszyć dzieciom do końca.
Wszyscy zostali wywiezieni do niemieckiego obozu zagłady w Bełżcu, gdzie zginęli.
Anna Regina Feuerstein miała około 51 lat. Miejsce jej pochówku pozostaje nieznane."
za Portal do historii
"Przez 158 godzin był uwięziony 780 metrów pod ziemią. Nie miał jedzenia ani wody. Aby przeżyć, pił własny mocz. Kiedy nadzieja na odnalezienie go żywego była już niewielka, ratownicy usłyszeli jego głos.
23 marca 1971 roku w kopalni „Mikulczyce-Rokitnica” w Zabrzu doszło do katastrofy. Zawał uwięził pod ziemią 19 górników. Ośmiu udało się uratować w ciągu kilku godzin. Los pozostałych był nieznany.
Wśród zasypanych znajdował się 36-letni Alojzy Piontek. Przygnieciony trzonkiem łopaty, zdołał przepiłować go blaszką od lampki górniczej, a następnie przeczołgać się do niewielkiej, niezawalonej przestrzeni.
Spędził tam ponad sześć i pół doby, samotnie czekając na ratunek.
30 marca ratownicy wreszcie do niego dotarli. Spośród jedenastu górników, którzy pozostali pod ziemią po pierwszej akcji ratunkowej, przeżył tylko on.
Jego ocalenie nazwano „cudem w Zabrzu”. Historia Piontka stała się dowodem na to, że nawet po wielu dniach poszukiwań nie należy tracić nadziei.
Po katastrofie nigdy więcej nie zjechał pod ziemię. Zmarł 29 października 2005 roku w wieku 70 lat."
za Portal do historii
"Był majorem KGB, ale zamiast ukrywać sowieckie zbrodnie, zaczął szukać prawdy o Katyniu. Dotarł do świadków mordów polskich oficerów, zbierał dowody i przekazywał je Polakom. Zapłacił za to utratą pracy, prześladowaniami i koniecznością ucieczki z Rosji.
29 października 1952 roku w Andiżanie, na terenie dzisiejszego Uzbekistanu, urodził się Oleg Zakirow.
Od 1975 roku służył w KGB. W 1989 roku, pracując w Smoleńsku, rozpoczął własne śledztwo dotyczące zbrodni katyńskiej. Odnajdywał świadków i zbierał informacje, których sowieckie władze przez dziesięciolecia nie chciały ujawnić.
Gdy przełożeni odkryli, czym się zajmuje, zakazali mu dalszych badań. W 1991 roku usunięto go z KGB, wykorzystując jako pretekst rzekomą chorobę psychiczną.
W 1998 roku, po otrzymaniu gróźb, uciekł z rodziną do Polski. Zamieszkał w Łodzi, gdzie przez lata zmagał się z biedą. W 2002 roku otrzymał polskie obywatelstwo.
Za ujawnianie prawdy o Katyniu został odznaczony Orderem Odrodzenia Polski i uhonorowany nagrodą Kustosza Pamięci Narodowej.
Zmarł 18 kwietnia 2017 roku w Łodzi, mając 64 lata.
Był człowiekiem sowieckich służb, który postanowił ujawnić jedną z największych zbrodni sowieckiego systemu."
za Portal do historii
Walczył z Niemcami nad Polską, Francją i Wielką Brytanią. Był jednym z asów legendarnego Dywizjonu 303. Zestrzelił siedem niemieckich samolotów, ale sam nie doczekał końca wojny.
29 października 1915 roku w Woźnikach urodził się Stanisław Karubin, polski pilot myśliwski.
We wrześniu 1939 roku stoczył 21 walk powietrznych. Później przedostał się do Francji, a następnie do Wielkiej Brytanii, gdzie walczył w Dywizjonie 303.
Podczas bitwy o Anglię zestrzelił pięć niemieckich maszyn. Sam również został trafiony i ranny, ale uratował się, skacząc ze spadochronem.
Za odwagę otrzymał Order Virtuti Militari.
12 sierpnia 1941 roku zginął podczas lotu szkoleniowego, gdy jego Hurricane rozbił się o zbocze góry w Anglii.
facebook.com/share/r/1E8emwZ…
Wybory w Brazylii nie są tak spokojne jak w Polsce i często dochodzi do aktów przemocy, zamachów na polityków czy masowych rozrób. Polaryzacja polityczna w tym kraju jest ekstremalnie wysoka, co w połączeniu z wpływami przestępczości zorganizowanej generuje realne zagrożenie dla życia i zdrowia uczestników kampanii. Na przykład trzy lata temu, tłum wdarł się do Kongresu, Sądu Najwyższego i Pałacu Prezydenckiego w Brasílii, dewastując je wewnątrz. Bolsonaro w 2018 został pchnięty nożem, ledwo przeżył, a media wykazują setki incydentów rocznie, takich jak groźby, czy pobicia, aż po zabójstwa sympatyków przeciwnych obozów politycznych na tle kłótni o poglądy.
👇🥲👇
"W takich warunkach samo zwycięstwo wyborcze nie kończy sporu o przyszłość państwa. Połowa społeczeństwa nie znika po ogłoszeniu wyników. A politycy, którzy o tym zapominają, sami pogłębiają przepaść, którą później tak trudno zasypać.
W Brazylii w drugiej turze wyborów prezydenckich 30 października 2022 roku Lula zdobył 50,90 proc. głosów, a Jair Bolsonaro 49,10 proc. Różnica wyniosła zaledwie 1,8 punktu procentowego, czyli około 2,14 mln głosów. Brazylia liczy ok. 214 milionów mieszkańców.
W Polsce w drugiej turze wyborów prezydenckich w 2025 roku Karol Nawrocki uzyskał 50,89 proc. głosów, a Rafał Trzaskowski 49,11 proc. Różnica była równie niewielka.
Przypadek? Nie, to przede wszystkim obraz głęboko podzielonych społeczeństw. Lula jest w pewnym sensie brazylijskim odpowiednikiem Trzaskowskiego, a Bolsonaro reprezentuje prawicową stronę sporu, podobnie jak Nawrocki w Polsce. To nie są identyczne postacie ani identyczne sytuacje, ale polityczne emocje i podział na dwa obozy są uderzająco podobne.
W takich warunkach samo zwycięstwo wyborcze nie kończy sporu o przyszłość państwa. Połowa społeczeństwa nie znika po ogłoszeniu wyników. A politycy, którzy o tym zapominają, sami pogłębiają przepaść, którą później tak trudno zasypać."
za Albert Łyjak
"ONET, PROCES Z KAROLEM NAWROCKIM I STADO MEDIALNYCH BARANÓW
Trwa proces prezydenta Karola Nawrockiego z wydawcą Onetu w związku z publikacją dotyczącą jego pracy w sopockim Grand Hotelu przed dwudziestu laty. Artykuł ukazał się w maju 2025 roku, w samym środku kampanii prezydenckiej. Portal należący do niemieckiego koncernu włączył się w polską kampanię wyborczą, publikując materiał zawierający poważne oskarżenia wobec jednego z kandydatów na najwyższy urząd w państwie. Już sam moment publikacji rodzi pytania o odpowiedzialność i intencje redakcji.
Onet przedstawił zarzuty dotyczące rzekomego udziału Nawrockiego w sprowadzaniu prostytutek dla hotelowych gości. Prezydent zakwestionował te doniesienia i skierował sprawę do sądu. Nie zrobił tego w trakcie kampanii. Dlaczego? Można przypuszczać, że wytoczenie procesu w tamtym momencie mogłoby nie przynieść oczekiwanego skutku prawnego, a medialna burza zdążyłaby już wykonać swoje zadanie. Polityczne szkody można wyrządzić w jeden dzień, a na sądowe rozstrzygnięcie czeka się latami.
27 października 2026 roku zeznawała Natasza Geldon, jedna z osób, na których relacjach oparto publikację. I właśnie tutaj pojawia się zasadnicze pytanie: na ile wiarygodne są przedstawiane relacje i czy rzeczywiście wystarczają, by formułować tak poważne oskarżenia?
Jeżeli świadek opiera swoje informacje na relacji anonimowego informatora, jest świadkiem ze słuchu, to sama taka relacja nie stanowi dowodu potwierdzającego prawdziwość oskarżeń. Jeżeli dodatkowo w zeznaniach pojawiają się sprzeczności, niejasności i zmieniające się wersje wydarzeń, wiarygodność świadka wymaga szczególnie wnikliwej oceny. W tej sprawie nie wystarczą domysły, insynuacje ani powtarzanie cudzych słów. Potrzebne są dowody i fakty a nie insynuacje, a tych nie ma.
Tymczasem ilu ludzi wtedy już wydało wyrok? Ilu bez zastanowienia powtarzało słowa „alfons” czy „sutener”, traktując poważne oskarżenia, jak prawdę objaśnioną? Te określenia poszły w świat, a ich autorzy i powtarzający je internauci nie musieli przedstawiać żadnych dowodów. Wystarczyła medialna zmanipulowana publikacja.
To właśnie jest siła medialnej propagandy, a w mojej ocenie również zwykłego łajdactwa. Najpierw pojawia się sensacyjny materiał, później polityczna burza, a następnie tysiące ludzi powtarzają zasłyszane informacje, jakby sami byli świadkami opisywanych wydarzeń. Nikt nie czeka na rozstrzygnięcie sądu. Nikt nie chce sprawdzać, gdzie kończą się fakty, a zaczynają przypuszczenia, insynuacje i być może zwykłe kłamstwo.
Wystarczy, że Onet coś napisze, a część odbiorców już wie, kto jest winny!
Czy tak powinno wyglądać odpowiedzialne dziennikarstwo? Czy rolą mediów jest rzetelne informowanie opinii publicznej, czy podsycanie politycznych emocji w najważniejszym momencie kampanii wyborczej? Dziennikarz ma prawo zadawać trudne pytania i ujawniać niewygodne informacje. Ma jednak również obowiązek weryfikować źródła i odpowiadać za publikowane słowa. Nie można zastępować dowodów sugestią, a podejrzeń przedstawiać tak, jakby były udowodnionymi faktami.
A co z odbiorcami? Tutaj dochodzimy do jeszcze poważniejszego problemu. Wielu ludzi nie próbuje już samodzielnie myśleć. Nie analizuje, nie sprawdza, nie zadaje pytań. Powtarza to, co usłyszało we własnej bańce medialnej, i jest przekonanych, że w ten sposób zdobyło wiedzę. Jak stado baranów. Jeden rusza, reszta biegnie za nim. Nikt nie pyta, dokąd zmierzają ani kto wyznacza kierunek.
Największym sukcesem manipulatora jest człowiek, który bez żadnego przymusu powtarza cudze słowa, przekonany, że są jego własnymi myślami.
Dlatego w tej sprawie należy zachować jedną podstawową zasadę: najpierw dowody, później wnioski. Nie odwrotnie. A ludziom, którzy tak chętnie wydają wyroki na podstawie medialnych nagłówków, przydałaby się odrobina samodzielnego myślenia. Zanim kolejny raz ruszą za stadem, niech przynajmniej sprawdzą, czy przypadkiem nie są wykorzystywani do realizacji cudzych interesów. Bo najgorsi są kłamcy, intryganci, manipulatorzy, udający przyzwoitych ludzi. W tej sprawie dziwi mnie również milczenie Romana Giertycha, adwokata Tuska, który tak chętnie staje w obronie ludzi uwikłanych w różnego rodzaju polityczne i medialne afery. Tym razem jakoś nie widać jego zaangażowania. Czyżby zabrakło mu argumentów? A może już szykuje się do ewakuacji z Polski?
za Albert Łyjak
"Internetowy komununikat: "Daniel Dymiński poinformował, że odnalazł w Wiśle ciało trzynastoletniej Roksany. Dziewczynka była zaginiona od 10 października.
Daniel Dymiński, to ojciec zaginionego Krzysztofa. Szesnastoletni chłopak zniknął trzy lata temu. Po raz ostatni widziany był na Moście Gdańskim w Warszawie. Potem, przepadł po nim wszelki ślad. Od tego czasu, Pan Daniel systematycznie przeszukuje Wisłę w nadziei, że uda mu się odnaleźć jakikolwiek ślad syna. Do tej pory mu się to nie udało, odnalazł już jednak zwłoki siedmiu innych zaginionych....W Polsce coraz częściej mówi się o gospodarce,bezpieczeństwie i polityce, a coraz rzadziej o tym, że w ciszy rośnie liczba ludzi, którzy nie widzą już powodu, by jutro wstać z łóżka. Statystyki są alarmujące: każdego dnia kilkanaście osób odbiera sobie życie, a liczba prób samobójczych wśród młodych w ostatnich latach gwałtownie wzrosła. To nie są abstrakcyjne liczby. To konkretne istnienia, które w pewnym momencie uznały, że dalsze trwanie przekracza ich siły. I właśnie od tego miejsca zaczyna się ta opowieść. Najbardziej niedocenioną umiejętnością dorosłego człowieka nie jest siła. Ani odwaga. Ani nawet nadzieja. Jest nią zdolność do dalszego trwania, kiedy w środku wszystko już dawno się rozsypało. Ernest Hemingway napisał kiedyś, że najtrudniejszą lekcją, jakiej nauczył się jako dorosły, była bezwzględna konieczność trwania, niezależnie od tego, jak bardzo czuł się złamany. Nie chodziło mu o heroizm. Hemingway wiedział, że życie nie oczekuje od nas poezji. Ono oczekuje obecności. Nawet pustej. Nawet milczącej. Świat nie zatrzymuje się, gdy człowiek nie ma już siły. Nie zwalnia, gdy pękają fundamenty. Nie pyta, czy to już „za dużo”. Jak pisał Albert Camus: „Prawdziwym problemem filozoficznym jest samobójstwo”. Nie dlatego, że wszyscy chcą umrzeć, lecz dlatego, że każdego dnia muszą znaleźć powód, by zostać. Reszta filozofii jest tylko przypisem do tej jednej, codziennej decyzji. Nikt nas na to nie przygotowuje. Dorastamy na opowieściach o sensie, nagrodzie i sprawiedliwości. Dorosłość odbiera te złudzenia i uczy brutalnej prawdy: często nie ma ani sensu, ani nagrody, ani sprawiedliwości - jest tylko dzień do przeżycia. I jeszcze jeden. I jeszcze. Przetrwanie nie wygląda jak w filmach. Nie ma muzyki w tle. Nie ma katharsis. Czasem wygląda, jak wstanie z łóżka mimo bólu. Czasem jak milczenie, bo nie ma już słów. Czasem jak automatyczne wykonanie najprostszych czynności, byle nie zniknąć. Viktor Frankl, który widział dno ludzkiego cierpienia, pisał: „Kto ma, dlaczego, zniesie prawie każde jak”. Ale są chwile, kiedy „dlaczego” znika. I wtedy zostaje coś mniejszego, bardziej kruchego - nawyk trwania. Instynkt. Upór istnienia. I to właśnie on jest cudem. Nie spektakularna siła, lecz ta cicha, wstydliwa determinacja, która nie chce się poddać, choć nie ma już argumentów. Ta, która nie krzyczy: „dam radę”, tylko szepcze: „jeszcze jeden krok”. Każdy taki krok jest aktem odwagi. Każdy przeżyty dzień dowodem, że człowiek nie skapitulował. To męczące. To niesprawiedliwe. To często samotne. Ale w tej upartej obecności jest coś głęboko ludzkiego. Jakby samo istnienie mówiło: jeszcze nie teraz. I czasem, tylko to wystarcza. Bo nie zawsze trzeba wierzyć w sens. Czasem wystarczy nie zniknąć."
za Albert Łyjak
"Niedouczona „ministra-gospodarka” Barbara Nowacka realizuje europejski plan wyhodowania unijczyków, co niestety nie przeszkadza nauczycielom i rodzicom.
❗️❗️❗️👉 Obywatele UE powinni czuć się Europejczykami i być świadomi europejskiego dziedzictwa kulturowego i jego różnorodności. Mają też do odegrania ważną rolę w tworzeniu tożsamości europejskiej opartej na wspólnych wartościach i wspólnej kulturze. Czytaj więcej na: consilium.europa.eu/pl/polic…
❗️❗️❗️BEZ CHRZTU POLSKI I KONSTYTUCJI 3 MAJA
👉 Projekty nowych podstaw programowych dla szkół ponadpodstawowych zastępują wspólny kanon wyborem nauczyciela i uczniów. Analiza Centrum Edukacyjnego Ordo Iuris wskazuje na pominięcie kluczowych wydarzeń i postaci z dziejów Polski oraz osłabienie lektur. Czytaj więcej na: ordoiuris.pl/.../bez-chrztu-…
🔻 🔻 🔻 🔻 🔻 🔻 🔻 🔻 🔻
Ministrem edukacji jest "gościni i gospodarka", która do 2023 żyła w "czarnym czasie dla edukacji, średniowieczu", według której "polscy naziści zbudowali obozy pracy, które stały się obozami zagłady", i która z hukiem wyrzuciła z programu "poezję niejakiego Rymkiewicza"...
❗️❗️❗️WPADKA NOWACKIEJ NA CAMPUSIE
👉 "Jestem gościnią i gospodarką". Czytaj więcej na: dorzeczy.pl/.../wpadka-nowac…...
❗️❗️❗️"MINISTRA" EDUKACJI BARBARA NOWACKA:
👉 "Niejaki Rymkiewicz" / "Polscy naziści" / "Wycofać Biblię, wprowadzić Batyra". Czytaj więcej na: facebook.com/permalink.php?s…
❗️❗️❗️"CZARNY CZAS DLA EDUKACJI, ŚREDNIOWIECZE"
👉 Według "ministry" edukacji Barbary Nowackiej, 23 sierpnia 476 roku rozpoczął się "czarny czas dla edukacji, średniowiecze"... Czytaj więcej na: facebook.com/permalink.php?s…"
za Monika Najdowska
📸 Post Instytut na rzecz Kultury Prawnej Ordo Iuris: facebook.com/ordoiuris/posts…
"KRYZYS SUESKI
👉 29 października 1956 roku od ataku wojsk Izraela (wspieranych przez Francję i Wielką Brytanię) na Egipt rozpoczął się tzw. Kryzys Sueski. Militarne zwycięstwo odniósł Izrael, ale Egipt utrzymał kontrolę nad Kanałem Sueskim. Czytaj więcej na: konflikty.pl/.../zimna-wojna…
📻 O kryzysie sueskim i jego następstwach mówi dyrektor Informacyjnej Agencji Radiowej Mariusz Borkowski w audycji Piotra Lignara z cyklu "Nie do końca wyjaśnione". Słuchaj na: reportaz.polskieradio.pl/...…...
📌 Krzysztof Mroczkowski, "Polityka niespójności – brytyjskie plany militarno-polityczne względem Bliskiego Wschodu w 1956 r.". Czytaj na: repozytorium.ur.edu.pl/.../a…...
📌 Junta przejmuje władzę. Nowy rozdział w dziejach Egiptu. Rewolucję egipską zapoczątkowała ugrupowanie Wolnych Oficerów, które swój bunt podniosło 23 lipca 1952 roku. Był to początek radykalnych zmian politycznych i społecznych. Czytaj więcej na: historia.dorzeczy.pl/.../rew…... "
za Monika Najdowska
📸 Kampania Sueska (29 października – 6 listopada 1956 r.) / Wikipedia
"DAWID KURZMANN – ZAPOMNIANY KRAKOWSKI KORCZAK
🔲 28 października 1942 roku miał miejsce początek drugiej akcji deportacyjnej w krakowskim getcie; do obozów zagłady w Bełżcu i Auschwitz Niemcy wywieźli około 7 tys. Żydów (w tym chorych ze szpitala i dzieci z sierocińca); Dawid Kurzmann zachowując spokój, aby nie denerwować i przerażonych dzieci, poszedł z nimi ulicami Lwowską i Wielicką na dworzec w Płaszowie; stamtąd wywieziono wszystkich do obozu zagłady w Bełżcu, gdzie zostali zamordowani. Słuchaj na: radiokrakow.pl/.../zapomnian…
👉 Dawid Kurzmann – „rzeszowski Korczak”. To postać na Podkarpaciu mało znana, chociaż pochodząca z Rzeszowa. Tu 25 maja 1865 roku urodził się bowiem Dawid Alter Kurzmann, kupiec, społecznik i filantrop. Swoje życie, podobnie jak słynny Janusz Korczak, poświęcił małym sierotom. Czytaj więcej na: podkarpackahistoria.pl/.../5…...
📌 Dawid Kurzmann, przedwojenny filantrop, poszedł z sierotami na śmierć, jak Korczak. Dziś Marcel Kurzmann, wnuk Dawida, chce upamiętnić tę historię. Wspiera go "Gazeta Krakowska". Czytaj więcej na: gazetakrakowska.pl/historia-…
📻 Urodzinowy prezent - spotkanie z Marcelem Kurzmannem, wnukiem Krakowskiego Korczaka. Słuchaj na: radiokrakow.pl/.../urodzinow…
DAWID ALTER KURZMANN (ur. 25 maja 1865 w Rzeszowie, zm. 29 października 1942 w Bełżcu) – krakowski kupiec, działacz społeczny i polityczny, filantrop, chasyd. Z uwagi na związek z Domem Sierot Żydowskich przy ul. Dietla 64 w Krakowie i okoliczności śmierci podczas akcji deportacyjnej w getcie, nazywany krakowskim Januszem Korczakiem. Czytaj więcej na: pl.wikipedia.org/wiki/Dawid_…"
za Monika Najdowska
📸 Dawid Alter Kurzmann. Źródło: Wikimedia Commons
Cmentarz Stare Powązki .Grób Dzieci Utraconych .Wykonany z marmuru pomnik przedstawia postać anioła płaczącego nad pustą kołyską.
zdj. Pokaż Mi Swoją WARSZAWĘ! - Show Me Your WARSAW!



















