Pinned Tweet
Świeżynka prosto z Annapolis.
W ostatnich tygodniach myślałem, że już zniosę jajko z nadmiaru emocji i oczekiwania. 😆
Ale jest. Efekt mojego rozwoju naukowego w mojej pobocznej (a może nawet głównej?) dziedzinie jaką jest historia wojny na Pacyfiku.
Od zawsze marzyłem, aby wydać książkę w @NavalInstitute .
Dlaczego tam? Bo jest to uznany wydawca, który ma olbrzymią tradycję, renomę, nie kieruje się względami zarobkowymi jako warunkiem sine qua non. To właśnie spod tego szyldu wychodziły największe dzieła historyczne dotyczące wojny na morzu.
Nie ukrywam też, że wychowałem się na ich książkach i wielu ich autorów to dla mnie niedoścignione autorytety badawcze, zwłaszcza w dobie low-effort popularyzacji nauki.
Swoją pierwszą, chyba nazbyt entuzjastyczną propozycję wydawniczą złożyłem tam w 2014 roku, mając w dorobku zaledwie dwie polskie książki. Nie muszę chyba dodawać, że zostałem odrzucony. Jak dziś dzień pamiętam ten list polecony „z Ameryki” i rozczarowanie, które towarzyszyło jego otwarciu w mikro placówce pocztowej w centrum handlowym.
Ale nie zrezygnowałem. Wydawałem dalej swoje prace po polsku, wyjechałem do Japonii raz i drugi, wydawałem swoje prace po angielsku w UK i w końcu po japońsku w Japonii. W maju 2023 roku stwierdziłem, że raz kozie śmierć i złożyłem ponownie propozycję. Tym razem na zupełnie inny projekt, który miał przedstawiać ściśle japońską perspektywę, uwzględniając dramaty ludzkie i prawdziwe emocje towarzyszące oficerom i zwykłym lotnikom w czasie bitwy, pierwszy raz w historiografii. Przy okazji udało mi się znacząco zrewidować stan wiedzy, łącznie ze długofalowymi skutkami.
Propozycją tą żywo zainteresowałem mojego przyszłego editora, Steve’a Catalano (a massive shoutout), który walczył o mnie jak rodzic o dziecko.
Po przeczytaniu próbki jednego rozdziału wiedział, że muszę mieć kontrakt i przekonał redaktora naczelnego, aby nadać mi priorytet wydawniczy. Spiąłem cztery litery i na podstawie 3 lat łażenia po różnych dziwnych archiwach w Japonii i poszukiwań 90-letnich weteranów w dobie COVIDu, napisałem do maja 2024 niniejszą książkę. Recenzje, redakcja, korekta, mapy od fanastycznego @Grze_Jez , który też z Michałem Kopaczem byli życzliwymi pierwszymi czytelnikami. Dziękuję Wam bardzo przy wszystkich za bezinteresowną pomoc.
Tak oto jestem dzisiaj. 384 strony, 18 map, 30 zdjęć w twardej oprawie z obwolutą.
Dostałem na razie 10 egzemplarzy autorskich, ale książka trafi do sprzedaży w Stanach za dwa tygodnie.
Liczę, że siądzie, bo naprawdę włożyłem w to serce. ♥️
Ciekawi mnie skąd akurat taka opinia.
Z własnego doświadczenia mogę powiedzieć, że Niemiec jak słyszy, że choć trochę mówisz po niemiecku, woli gadać we własnym języku.
Francuzi przewracają oczami tylko jak naprawdę kaleczysz wymowę, a Rosjanie często zakładają, że jako Polak znasz rosyjski. Nawet pomimo wielu próśb, aby mówić po angielsku, uporczywie piszą i mówią do Ciebie po rosyjsku.
Dekadę temu przyjechali do nas na delegacje goście z UK. Szef zaprosił ich na kolację do drogiej knajpy w centrum Wrocławia i wydał praktycznie polecenie służbowe, że mamy też przyjść i „robić atmosferę”.
Spotkanie samo w sobie miłe, ale pod koniec okazało się, że szef niby miał budżet na wyjścia służbowe, ale widocznie chciał się podlizać gościom, więc tak zakręcił rozliczeniem, że ostatecznie duży rachunek (+2000 złotych na 9-10 osób) podzielił między nas.
Gdy Brytyjczycy się o tym dowiedzieli następnego dnia, bo kolega miał małe dziecko, kredyt i na tyle jaj żeby zapukać do ich pokoju, zrobili oczy jak talerze. Wzięli na siebie rachunek i przeprosili za nieporozumienie.
Było to dla nich niewyobrażalne, że ludzie zarabiający po 3000-3500 PLN na rękę stawiają drogie drinki i posiłki ludziom z pensją luźno £4000 na rękę.
Nie muszę chyba tłumaczyć, że szefowi nic się nie stało, a pół roku później został awansowany. Ja natomiast odszedłem z pracy i wyjechałem do Japonii.
Po latach spotkałem go w pociągu, akurat jak byłem w Polsce i jechałem do Warszawy. Gadka szmatka i w pewnym momencie z dupy zapytał, czy mógłbym udostępnić na LinkedIn ofertę pracy z jego nowego zespołu, bo już za długo szukają pracownika.
XDDD
Tak swoją drogą to przypomniało mi się jak aplikowałem jesienią 2017 roku o robotę w jednym banku we Wrocławiu.
Przeszedłem do drugiego etapu rekrutacji, a więc była typowe stroszenie piórek i pokazówka na rozmowie rekrutacyjnej, no ale w końcu z ust około 40-letniej rekruterki padło magiczne sformułowanie “czy są jakieś pytania?”
No i sumie miałem. Zapytałem o wynagrodzenie, mniej więcej jakich widełek się spodziewać.
Babka zaczęła wzdychać i przewracać oczami, ale unikała tematu jak mogła. Że to zależy od konkretnego opisu stanowiska. Że to zależy od stażu pracy. Że to zależy od wszystkiego. Miała się zapytać mojego “potencjalnego przyszłego szefa” i wrócić z odpowiedzią maksymalnie do dwóch dni.
Minął tydzień, dwa, miesiąc i cisza. Ja w międzyczasie znalazłem inną robotę i już nawet pracowałem.
W końcu dostałem po sześciu tygodniach telefon od rekruterki, że zasadnicza pensja to 5500 PLN brutto i czy jestem gotowy na jeszcze jedną rozmowę, tym razem z “przyszłym szefem”, bo chce sprawdzić moją wiedzę z zakresu opiniowania kredytów konsumenckich.
Powiedziałem od razu, że mam już robotę w innym banku i dostałem 6000 brutto (co było prawdą), ale że miałem 26 lat i bylem głupi, to zacząłem się tłumaczyć czemu się do nich nie odezwałem i nie wycofałem aplikacji. Bo chciałem mimo wszystko być miły i profesjonalny do samego końca.
A babka dosłownie zaczęła mnie jechać, że jestem nieodpowiedzialny, bo nie powiedziałem im, że zamierzam szukać równolegle innej roboty u konkurencji, że przeze mnie mają teraz problem, że walczyli o wysoką pensję dla tak młodego pracownika. Co ja się nie nasłuchałem wtedy. xD
Najlepsze, że potem ich oferta wisiała pół roku, a na końcu połowa tego zespołu przeszła też do konkurencji, więc musiała być tam super atmosfera i warunki pracy.
Replying to @Dawid_Palka_
Mordo, jak nie podajesz w ogłoszeniu o pracę zarobków, to nie dziw się, że ktoś ghostuje Cię po usłyszeniu stawki
Obecnie Japonia może być nawet za UK i Francją ze względu na swój permanentny kryzys gospodarczy, choć wystarczyłoby, aby jen odbił o 50% i byliby trzeci.
Z Polską to tak naprawdę trudno powiedzieć, bo gospodarka i armia coraz mocniejsze, ale demografia nas ciągnie w dół.
Hey @grok, I ranked the most powerful countries. Is my ranking accurate, or would you change anything?
Mieliśmy już pierwszą lekcję po Wiośnie Ludów. Nagle okazało się, że stare arystokratyczne elity może i były skostniałe, ale też pragmatyczne i rozumiejące równowagę polityczną.
Tymczasem masowe ruchy, zwłaszcza liberalne, przybrały rolę narodowych narwańców, „inteligentów z burżuazji” gotowych iść na wojnę z każdym, o byle gówno, nawet jeżeli oznaczało to przemielenie wielu roczników na polach bitewnych bez wyraźnych korzyści.
Polska gospodarka od lat pnie się do góry i wszędzie o tym słychać, ale wiedza o Polsce i Polska jako marka dalej jest totalną niszą za granicą.
Na podstawie czego wyciągam takie wnioski? Na podstawie tego co słyszę i obserwuję podczas moich podróży.
Przytaczałem Wam wcześniej statystyki dotyczące książek o Polsce z księgarni w Stanach oraz praktycznie całej Europie.
Tymczasem w Seulu jest taki fajny koncept jak biblioteka na wolnym powietrzu, gdzie można sobie wziąć do ręki książkę w dowolnym języku i usiąść nad reprezentacyjnym kanałem w centrum miasta.
Korzysta z tego mnóstwo Koreańczyków i turystów, więc zaciekawiłem się jakie można pożyczyć tutaj książki.
Oczywiście oprócz wyraźnie dominujących pozycji po koreańsku i angielsku, są też prace w innych językach. Po chińsku, japońsku, hiszpańsku, rosyjsku, etc.
Zastanawiacie się pewnie ile jest książek po polsku? Przejrzałem wszystkie półki i większość boksów przy kanale.
Odpowiedź jest prosta: jedna.
Ktoś może powiedzieć, że to nic, ponieważ po polsku i tak czytać będą tylko Polacy.
Niby prawda, ale jednocześnie jest:
+10 książek po ukraińsku
5 po fińsku
5 po czesku
3 po szwedzku
3 po duńsku
3 po chorwacku
i tak dalej…
Tak samo wizyta w największej księgarni w Seulu. O Polsce ledwie dwie książki, mniej niż o Węgrzech czy byłej Jugosławii.
Moja robocza statystka nie jest przypadkiem. To potwierdzenie dotychczasowych obserwacji.
Polska bardzo chce być dostrzegana i chwalona, ale nie jest. Nie jest, bo poza ogólnymi hasłami powtarzanymi w TV nie istniejemy w zagranicznej świadomości jako coś interesującego.
Urban legend
1. Akt wypowiedzenia wojny jest deklaracją jednostronną w prawie międzynarodowym i druga strona nie może jej “nie uznać” ani “odmówić”.
2. Nie ma żadnych dowodów, że Japończycy tak się zachowali/to powiedzieli, nawet jeżeli oba kraje nie chciały się bić ze sobą.
Macie tu typowego japońskiego netto uyoku.
Zbrodni wojennych nie było. 🫢
Nie znasz japońskich podręczników. 🤭
Przy czym jako Polak mam przepraszać i płacić odszkodowania za kolonializm.
To jest ta „wiedza historyczna” netto uyoku, której tytuł znam już po jednej nutce. 🤗
Japończycy (mam na myśli przekrój użytkowników internetu) są słabi w dyskusji, bo kulturowo nie są do końca przyzwyczajeni, że ktoś inny tak otwarcie odpowiada im na ich komentarze i przy okazji umiejętnie uderza w rzeczy, które ich faktycznie bolą.
Wśród japoński userów jest ponadto mnóstwo sfrustrowanych hejterów, który nienawidzą ludzi za wszystko, ale dopiero na X zderzyli się z tak bezpośrednimi odpowiedziami innych.
Przeciętny japoński kozak w necie nawala jak w bęben w kobiety, starszych ludzi, obcokrajowców, inne kraje, bo jest nieszczęśliwy sam ze sobą. W realu nie piśnie za to ani słowem i będzie potulny, bo tak został nauczony. Co jeszcze bardziej nakręca go w spirali hejterskiej.
Dużo Polaków sympatyzuje z japońskimi komentarzami w sieci z racji na uproszczony obraz relacji międzynarodowych, ale pragnę przypomnieć sporo z tych „dyskutantów” to zwyczajnie skrajni rasiści, którzy tak samo nienawidzą Polaków jak Chińczyków czy ciemnoskórych. Może taktycznie czasami napiszą coś dobrego o Polsce, ale w rzeczywistości jesteśmy dla nich brudnymi biedakami, którzy nie powinni zostać nawet wpuszczeni do ich świętego kraju.
Sporo z tych netto uyoku uważa anime i mangę za zbyt wyrafinowane, aby pojął to mózg białego człowieka, więc taki @SledziuStream jedynie obraża japońską kulturę dotykając swoimi łapami doskonały produkt i dzieło. Może podziwiać i wzdychać do tego z boku, ale broń Boże, aby wywoził cokolwiek z Japonii.
Nasza prawica czuje miętę do japońskich rasistowskich wpisów, ale te same netto uyoku reprezentują społecznie 45-letniego prawiczka, który masturbuje się do narysowanych dziewczynek z dużymi oczami w podkolanówkach, ale będzie Ci pisał, że jesteś ludzkim śmieciem, bo nie doceniasz kreski jego ulubionego twórcy.
Gdy ostatnio była w Tokio głośna sprawa z facetem, który stalkowal niewinną dziewczynę, a w końcu ją zadźgał nożem w biały dzień w galerii handlowej, mimo że babka zgłaszała go na policję, to w japońskim internecie był przerażający wysyp komentarzy, że „dobrze zrobił”, „sama sobie winna”, „szkoda, że chociaż s*ka mu dała”, etc.
Jeśli miałbym napisać co charakteryzuje takiego japońskiego internetowego hejtera, to taka właśnie toksyczna męskość i zwierzęcy rasizm.
Normalni Japończycy w realu, czyli większość społeczeństwa, może i coś tam komentują w sieci, ale w życiu nie weszliby w taką nawalankę z nikim. Byłoby proste „acha” w głowie i „dziękuję, wychodzę”.
Replying to @Piegziu @Bogumil82264527
W ogóle często odnoszę tutaj wrażenie że Japończycy są słabi w dyskusji (czy to uczciwej, czy nieuczciwej) i zastanawiam się czy to kwestia automatycznego tłumaczenia i to wszystko lepiej brzmi po japońsku czy oni są nieprzyzwyczajeni do konfrontacji bo taka jest ich kultura?
Jakbyście nie wiedzieli — od kilku dni w mediach społecznościowych trwa wojna między Francuzami a Japończykami. Jest tam wszystko — nienawiść rasowa, pogarda wobec kultury i historii.
Pojawiają się też głosy pojednawcze, za które jednak ludzie dosłownie masakrują swoich. xD
Jak była okazja nawalać w Wiecha za dr, to wypowiadał się każdy, nawet ludzie nieodróżniający nauki od publicystyki.
Do oceny społecznych zachowań dzieci jednak trzeba posiadać potomstwo.
Niedługo dowiemy się, że żeby zostać sędzią karnym to trzeba popełnić przestępstwo. XD
Warto przypomnieć, bo dzisiaj znów słyszałem o „paradoksie zwycięskich Niemiec”.
Tym razem w japońskiej TV, która spłyca do granic możliwości konflikt w Europie do walki „technologicznie zaawansowanych” Niemiec ze „słabej jakości i masową techniką” aliantów.
Niemcy tragicznie wyszli na drugiej wojnie światowej. To fakt, a nie ocena.
A te januszowe teksty o tym „może i przegrały, ale jednak wygrały”, które fajnie brzmią przy piątym browarze na imprezie u Ziutka, można wsadzić między bajki.
W wyniku drugiej wojny światowej Niemcy:
- utraciły 25% terytorium państwa
- utraciły 30% historycznego terytorium etnicznego
- na trwałe pogrążyły możliwość politycznej unifikacji z Austrią
- na trwale „oderwały” od siebie ludność Alzacji i Lotaryngii, które opowiedziały się za Francją
- straciły minimum 6 milionów ludzi, w większości mężczyzn w wieku produkcyjnym
- zostały kolosalnie zniszczone w wyniku bombardowań strategicznych, nie tylko jak chodzi o obiekty przemysłowe, ale też te o znaczeniu historycznym
- zostały rozgrabione przez Sowietów w części przez nich zajętej
- zostały podzielone na dwa państwa, z których jedno do dzisiaj odczuwa tego skutki, pomimo gigantycznych inwestycji z drugiej części, i nie widać za bardzo szans na odwrócenie historii
- zostały top 1 pariasem na świecie, co ma duże przełożenie na zdolności niemieckiej dyplomacji, zdolności militarnych i polityków w kraju
Gdyby zastosować jakikolwiek model rozwojowy w historii alternatywnej dla Niemiec w granicach z 1937 roku (czyli sprzed Anschlussu), to jako Polska mielibyśmy dzisiaj kompletnie przejebane.
Proszę mi wybaczyć to przekleństwo, ale naprawdę nie trzeba być wróżbitą Maciejem albo wielkim historykiem, aby zrozumieć jak potężny potencjał miały Niemcy przed drugą wojną światową i jak bardzo został wykastrowany przez głupią chęć Hitlera do wywrócenia światowego porządku do góry nogami.
A jeszcze bardziej jest to przerażające jak sobie uświadomimy, że III Rzesza w granicach z 1937 roku była cienkim Bolkiem dla aliantów w porównaniu do analogicznego potencjału Cesarskich Niemiec z 1914 roku.






















