Pinned Tweet
Będę Was zachęcał, bo to dzieło mojego życia. Póki co😉
Mazowszanka była zespołem kultowym i zasłużyła na własną opowieść. 18 rozdziałów o glorii, chwale i upadku, ponad 430 stron zaskakujących historii, ponad 40 zdjęć. #plkpl
Przedsprzedaż, zapraszam -> idz.do/mazowszanka
Cóż, nie napiszę, żebyście gremialnie oglądali, rozmowa jak rozmowa. Ale Michał Kroczak ma w sobie coś intrygującego, widzę to od czasów Dąbrowy Górniczej. I nie chodzi tylko o wytatuowany słoik Nutelli - co zresztą wyjaśnia w nagraniu :) #1lkosz #plkpl
youtu.be/j9DiDL_ZMJY?is=DRQt…
Łukasz Cegliński retweeted
Replying to @cegieu
A tutaj trochę obok dyskusji, ale z jakimiś elementami zahaczenia o tzw. „jądro” sprawy... Szerzej niż wpis na X, ale i tak wielu kwestii nawet nie dotknąłem. przegladsportowy.onet.pl/kos…
Łukasz Cegliński retweeted
Nie trzeba czytać wcześniejszych komentarzy, wystarczą te pod tym tweetem.
Rasizm był zawsze w Polsce, ale był czas, że się wstydzono takich opinii. Teraz ludzie się z nimi obnoszą.
Essam Abdelhamid - jeden z największych talentów w PSV - może reprezentować Belgię, Egipt, ale także Polskę. I reprezentował. Strzelił nawet dla Polski U-16 pięknego gola z Grecją, po którym spadła na niego lawina rasistowskiego hejtu. Efekt? W listopadzie Abdelhamid pojedzie na zgrupowanie reprezentacji Belgii.
Opisałem tę historię. Od początku, czyli od 2020 r., kiedy PZPN pierwszy raz z Essamem się spotkał, przez zgrupowania, na których był, po ten ostatni mecz, po którym wybiło szambo. Możecie też poznać związki Abdelhamida z Polską, bo napisano w tym temacie mnóstwo nieprawdy.
Cała sytuacja jest bardzo smutna. Oto w 2026 roku rasistowskie komentarze tak wpłynęły na nastolatka chcącego grać dla Polski, że na ten moment dał sobie z naszą reprezentacją spokój. Teraz sprawdzi, jak jest w kadrze Belgii. Dużo pracy skautingu zagranicznego PZPN w jakimś sensie poszło na marne przez obrzydliwe komentarze.
Ciekawe też, jak wpłynie to na przyszłość, bo "Essamów" jest więcej. PZPN ma w bazie 3,5 tys. piłkarek i piłkarzy urodzonych za granicą, którzy potencjalnie mogą grać dla Polski. Bo - co za szok! - dawno skończyły się czasy, że polski piłkarz musiał urodzić się w Polsce, mieć dwójkę polskich rodziców i polskobrzmiące nazwisko. Ludzie migrują, wchodzą w związki, z tych związków rodzą się dzieci, a część tych dzieci wyrasta na piłkarzy albo piłkarki i ma niekiedy poważne dylematy, dla kogo grać.
Przykro i wstyd, że znalazły się osoby, które tak Essama w Polsce przyjęły. Polecam całość na @sportpl
sport.pl/pilka/7,64946,33089…
Bardzo smutny tekst Dawida...
Essam Abdelhamid - jeden z największych talentów w PSV - może reprezentować Belgię, Egipt, ale także Polskę. I reprezentował. Strzelił nawet dla Polski U-16 pięknego gola z Grecją, po którym spadła na niego lawina rasistowskiego hejtu. Efekt? W listopadzie Abdelhamid pojedzie na zgrupowanie reprezentacji Belgii.
Opisałem tę historię. Od początku, czyli od 2020 r., kiedy PZPN pierwszy raz z Essamem się spotkał, przez zgrupowania, na których był, po ten ostatni mecz, po którym wybiło szambo. Możecie też poznać związki Abdelhamida z Polską, bo napisano w tym temacie mnóstwo nieprawdy.
Cała sytuacja jest bardzo smutna. Oto w 2026 roku rasistowskie komentarze tak wpłynęły na nastolatka chcącego grać dla Polski, że na ten moment dał sobie z naszą reprezentacją spokój. Teraz sprawdzi, jak jest w kadrze Belgii. Dużo pracy skautingu zagranicznego PZPN w jakimś sensie poszło na marne przez obrzydliwe komentarze.
Ciekawe też, jak wpłynie to na przyszłość, bo "Essamów" jest więcej. PZPN ma w bazie 3,5 tys. piłkarek i piłkarzy urodzonych za granicą, którzy potencjalnie mogą grać dla Polski. Bo - co za szok! - dawno skończyły się czasy, że polski piłkarz musiał urodzić się w Polsce, mieć dwójkę polskich rodziców i polskobrzmiące nazwisko. Ludzie migrują, wchodzą w związki, z tych związków rodzą się dzieci, a część tych dzieci wyrasta na piłkarzy albo piłkarki i ma niekiedy poważne dylematy, dla kogo grać.
Przykro i wstyd, że znalazły się osoby, które tak Essama w Polsce przyjęły. Polecam całość na @sportpl
sport.pl/pilka/7,64946,33089…
Ciekawostka, która mi umknęła - Szymon Nagórski, jeden z naszych największych talentów, wrócił z Barcelony do Polski. #plkpl
W niedawnym rankingu top 10 polskich koszykarskich talentów umieściłem Szymona na szóstej pozycji i pisałem o nim tak:
"6. Szymon Nagórski (rocznik 2012, 207 cm, skrzydłowy, Barcelona)
Najmłodszy gracz w prezentowanym gronie. Zaczynał w Młodych Lwach Gdańsk, w 2024 roku został dostrzeżony przez kluby hiszpańskie, postawił na Barcelonę, mieszka w La Masii. Bardzo dojrzały jak na swój wiek – zarówno fizycznie, jak i mentalnie, ma wysokie boiskowe IQ, fachowcy mówią, że ma osobowość "na kapitana drużyny". Jest skrzydłowym grającym z piłką, atakującym z obwodu, rozwijającym rzut z dystansu. Z Barceloną grał w mistrzostwach Hiszpanii z dwa lata starszymi od siebie. Wciąż jest bardzo młody, ma ledwie 14 lat, ale trenerzy zwracają uwagę na dobrą technikę, agresywność i pewność siebie. Zaczyna się uczyć gry tyłem do kosza."
A teraz dowiaduję się, że Szymon wrócił do Polski, do Gdańska. Z tego, co słyszę, wynika, że nie czuł się w Barcelonie dobrze, potrzebował zmiany, znanego otoczenia. Decyzję podjął z rodzicami, teraz szykuje się do gry w gdańskiej Akademii Gortata - prawdopodobnie tylko w kategorii do lat 19,
Essam Abdelhamid, utalentowany pomocnik PSV Eindhoven, może reprezentować Egipt, Belgię, ale także Polskę. I reprezentował. Strzelił nawet dla biało-czerwonej kadry do lat 16 pięknego gola. Ale po nim spadła na niego lawina rasistowskiego hejtu. Efekt? W listopadzie Abdelhamid pojedzie na zgrupowanie reprezentacji Belgii.
Autorem tekstu jest @davidszymczak
Więcej: sport.pl/pilka/7,64946,33089…
Żadnego koszykarza w NBA, jeden gracz w Eurolidze - o tych naszych zasobach już mówiliśmy. Teraz kolejna perspektywa - żadnego Polaka w top 100 zawodników NCAA według ESPN. #plkpl
W zestawieniu są natomiast dwaj Niemcy, Brytyjczyk, Litwin, Serb, Chorwat, Czarnogórzec i Belg - jeśli dobrze liczę i sprawdzam. Andreja Stojakovicia - z tych Stojakoviciów - nie wiem, jak liczyć, bo to syn Serba i Greczynki urodzony w Grecji, a basketu nauczony w USA :)
Tak czy inaczej - nie ma nas w wielkim świecie za bardzo.
espn.com/mens-college-basket…
Dokładnie. Rywale z Turcji, Niemiec, Francji i Belgii, czyli - patrząc na ostatnie lata - rywale dla nas na 0-4.
Ale King pokonał Nancy, a Zastal wygrał z Ostendą. Brawo. #plkpl
Bałem się o 0-4 dzisiaj w pucharach. Jest 2-2 - jestem naprawdę zadowolony.
Zawsze może być lepiej, ale nie będę tym razem marudny 😇 #plkpl
Śląsk to fabryka efektownych fragmentów, pod tym względem pewnie jest w czołówce EuroPucharu. Paczkę hajlajtów zmontujesz na luzie.
Gorzej ze skuteczną grą w koszykówkę. Z konsekwencją, dobrą obroną i boiskową mądrością. Dziś miał to Tofas, który wygrał w Orbicie 90:74 #plkpl
To była świetna akcja! Waleczność, spryt, widowiskowy wsad.
I to by było na tyle, jeśli chodzi o Śląsk w pierwszej połowie z Tofasem... 14:33 w drugiej kwarcie, 38:55 do przerwy. #plkpl
SIARKA TARNOBRZEG? SKOJARZENIE MOŻE BYĆ JEDNO
#plkpl #2lkosz
Siarka Tarnobrzeg wyeliminowała Lecha Poznań z piłkarskiego Pucharu Polski i w oczywisty sposób ma swoje pięć minut w sportowych mediach. A mi się przypomniała jedyna osoba, która mogła mi się skojarzyć z Siarką Tarnobrzeg.
Zbigniew Pyszniak, oczywiście.
To on w największym stopniu odpowiadał za najlepsze momenty tarnobrzeskiego basketu – siedem sezonów w latach 2010-17, kiedy Siarka grała w PLK. Pyszniak - nazywany animatorem tarnobrzeskiej koszykówki - był prezesem klubu, był trenerem drużyny. Bywało, że jednocześnie.
Ale przecież Zbigniew Pyszniak to nie tylko Tarnobrzeg, nie tylko Siarka. To kawał historii polskiego basketu, o czym opowiadał mi w rozmowie z debiutanckiego sezonu Siarki w PLK. Rozmawialiśmy o tematach bieżących (Siarka wygrała na inaugurację z Polpharmą, ale potem poniosła porażki w dziewięciu kolejnych spotkaniach), ale też o karierze Pyszniaka. I teraz, z okazji wielkiej chwili Siarki, pozwolę ją sobie przypomnieć.
Mowa przecież o dwukrotnym brązowym medaliście mistrzostw Polski (lata 1979 i 1980 ze Startem Lublin), znakomitym strzelcu (trzy sezony ze średnią powyżej 20 punktów w Stali Bobrek Bytom), reprezentancie Polski z pierwszej połowy lat 80. Zapraszam:
"Jak to się stało, że związał się pan z Tarnobrzegiem?
- Kiedy wróciłem do Polski z Węgier, znów zacząłem grać w Starcie Lublin, walczyliśmy o awans do ekstraklasy. Przegraliśmy z Polonią Przemyśl, a potem - pechowo - baraże z Polonią Warszawa. Lubelscy działacze wymyślili sobie, że to moja wina, że ja niektóre mecze odpuszczałem. Posądzano mnie o bzdury i postanowiłem odejść. Stanisław Szwedo zadzwonił, że w Tarnobrzegu chcą budować zespół - z Lublina to niedaleko, kartę zawodniczą miałem na ręku. Miałem nazwisko, umiejętności, zacząłem grać w Siarce. Zamieszkałem w Tarnobrzegu, prowadzę tu teraz działalność gospodarczą, mam trzy restauracje. Z koszykówki już nie żyję, ja się w nią bawię. Jako trener nie biorę pieniędzy z klubu.
Pański pierwszy epizod gry w Starcie pod koniec lat 70., to obwodowy duet z pierwszym Amerykaninem w Polsce Kentem Washingtonem.
- On był rozgrywającym, ja rzucającym. Takiego gracza jak Kent brakuje nam teraz w Siarce - efektownego i efektywnego. Washington przez dwa lata trenował z Harlem Globetrotters i ośmieszał największe polskie gwiazdy - Kijewskiego, Młynarskiego, Jurkiewicza, wszystkich. Robił to elegancko, fajnie, a na dodatek skutecznie. W Lublinie Start chciało oglądać 14-15 tys. osób, na sparingi przychodziło po kilka tysięcy.
Washington przyjechał do Lublina w trakcie sezonu i od razu zapytał ile jest meczów do końca i czy jak wygramy wszystko, to zdobędziemy mistrzostwo. Wszyscy zaczęli się pukać w głowę tak, jak w trzy lata temu pukali się w Tarnobrzegu, kiedy powiedziałem, że awansujemy do ekstraklasy. A ja ją zrobiłem.
Ze Startem zrobiliście dwa brązowe medale - największe sukcesy w historii klubu.
- I w obu latach przegrywaliśmy pechowo półfinały - z Resovią i Wybrzeżem Gdańsk. Mogliśmy mieć minimum wicemistrzostwo. Washington wniósł do ligi wiele.
Pan był świetnym snajperem, a rzucał nietypowo - z wyprostowanych rąk.
- Rzucać uczyłem się sam, byłem koszykarskim samoukiem. Pochodzę z Kętrzyna, gdzie nie ma koszykarskich tradycji i ważne było to, żeby zdobywać punkty, a nie rzucać w ładnym stylu. Dlatego do dziś uważam, że jeśli zawodnik ma złą technikę, ale trafia, to trener nie powinien ingerować. Ja, jako trener, wierzę w praktykę, a nie teorię. Wykresy, zasady, prawidła dają podstawy teoretyczne, ale ja wolę, jak zawodnik świetnie umie dwa, trzy manewry czy zagrania, które potrafi wykorzystać w meczu. Ja właśnie dwa, trzy manewry potrafiłem wykonać z zamkniętymi oczami i wiedziałem, że to przyniesie skutek. Jak ktoś umie wszystko po trochu, to często nie umie nic, bo w konkretnej sytuacji w meczu okazuje się, że brakuje mu tego, tego i tego.
Dlaczego został pan koszykarzem?
- Ojciec kazał!
Też był koszykarzem?
- Nie, uczył wuefu. Mama też była nauczycielką - od matematyki. Ja chciałem grać w piłkę - byłem nawet na spartakiadzie w reprezentacji województwa olsztyńskiego. Grałem w ataku, jako lewoskrzydłowy. Ojciec bardziej lubił jednak koszykówkę - pchał mnie na treningi, na piłkę chodziłem po cichu. W końcu jednak szybko urosłem, ojciec nalegał coraz bardziej i zostałem koszykarzem.
Z Kętrzyna przeniosłem się do technikum samochodowego w Olsztynie, gdzie grałem w Stomilu, który ściągał najzdolniejszych chłopców z całego województwa. Pojechałem na mistrzostwa Polski rocznika 1955, choć byłem trzy lata młodszy. Zobaczyli mnie tam działacze z Włocławka i zaproponowali grę u nich. Nie wiedziałem, co zrobić, więc poprosiłem o radę trenera Perskiego ze Spójni Gdańsk. Ten, kiedy dowiedział się, że jestem z rocznika 1958, to wziął mnie do siebie. W Spójni grałem w reprezentacji województwa, rywalizowałem już z najlepszymi w kraju. Trafiłem do kadry kadetów, potem juniorów.
Potem był Lublin i dwa brązowe medale - to był pana najlepszy moment w karierze?
- Jeśli chodzi o osiągnięcia drużynowe, to tak. Indywidualnie lepszym koszykarzem byłem potem w Stali Bobrek Bytom. Z Wojtkiem Szaratą przyszliśmy do czwartej drużyny II ligi i od razu awansowaliśmy do ekstraklasy, chociaż takie same ambicje miała wówczas Polonia Warszawa. W połowie lat 80. ze Stalą zdobywaliśmy piąte i szóste miejsce, a ja byłem w najlepszej piątce strzelców. Prowadzono też rankingi na gracza meczu i w tej klasyfikacji raz byłem trzeci za Washingtonem, który wówczas grał już w Sosnowcu oraz Dariuszem Zeligiem.
Wspomniał pan Wojciecha Szaratę, który w 1983 roku tragicznie zginął podczas podróży na mecz.
- Jechaliśmy do Poznania na ostatni mecz sezonu. Lech musiał z nami wygrać, żeby zapewnić sobie mistrzostwo. Wyjechaliśmy z Bytomia, pogoda była piękna, a droga prosta. Przed nami jechał ciągnik z przyczepą. Odbił w prawo, kierowca autokaru zaczął go wyprzedzać, a ten, bez żadnego sygnału, nagle zaczął skręcać w lewo, w polną drogę. Pech chciał, że w momencie uderzenia Wojtek stał, bo kładł akurat na siedzeniu jednego ze swoich synów. Poleciał na przód autokaru i uderzył głową w metalową listwę na środku przedniej szyby. Zginął na miejscu. Ja też od tamtej pory mówię, że ziemię wąchałem już od spodu.
Z Bytomia wyjechał pan na sześć lat na Węgry - kusiły zarobki czy poziom gry?
- Polacy byli wówczas na Węgrzech w cenie - momentami grało nas tam aż 14, a dwóch trenerów prowadziło drużyny. Na Węgrzech można było zarobić, a poza tym było to jakieś nowe wyzwanie. W tamtejszej lidze mogło grać po dwóch obcokrajowców w drużynie, a Polacy mieli dobrą opinię, bo pionierzy - np. Międzik czy Chudeusz - grali tam bardzo dobrze. Na Zachód wyjechać było ciężko, na Węgry - łatwiej. A zarobki były większe niż w Polsce.”
Tyle wspomnienia rozmowy sprzed kilkunastu lat. A dzisiaj? Też oczywiście z panem Zbigniewem rozmawiałem.
68-letni obecnie trener wciąż mieszka w Tarnobrzegu – tuż przy stadionie, z okna widzi płytę boiska. Na meczu z Lechem nie był, ale chodzi na drugoligową Siarkę koszykarską. – Kupiłem karnet, chodzę, oglądam, kibicuję. Trochę tam pomogłem, doradzałem, jak starali się o dziką kartę. Organizacyjnie wszystko wygląda dobrze, ale – jak ja to mówię – o zawodnikach zapomniano – śmieje się Pyszniak. – W formie jestem dobrej, humor się mnie trzyma, staram się być aktywny i wciąż blisko koszykówki. Przed sezonem byłem w Lublinie na zaproszenie Arka Pelczara, bo Start znów organizował Memoriał im. Zdzisława Niedzieli. Przyjechała nas piątka z brązowych drużyn, był choćby Kent Washington z żoną. Można było powspominać stare czasy – mówi Pyszniak.
No to ja wspominam koszykarską Siarkę.
Łukasz Cegliński retweeted
Halo halo! Magazyn Koszykarski @polsatsport po czwartej kolejce #plkpl już dostępny. Uwaga! Chwalimy GTK i Górnika! Zapraszam z @ALapacz i @LukomskiMarek.
youtu.be/rg4ykVUz9YY?is=fFXF…
BASKET W STOLICY - TO NIE TYLKO KLAN KONOWALSKICH
#plkpl #2lkosz
Wstyd się przyznać, ale nigdy nie byłem w Gnieźnie. Raz przejeżdżałem przez to miasto, gdy z ekipą Polsatu Sport przenosiliśmy się z meczu w Toruniu na mecz do Zielonej Góry. A poza tym - nic, zero, null. Historyczne miasto, pierwsza stolica Polski, a ja wychodzę na ignoranta. Może dlatego, że w Gnieźnie nie było nigdy poważnej męskiej koszykówki? No, z wyjątkiem 2018 roku, kiedy w tym mieście odbył się mecz o Superpuchar Polski im. Adama Wójcika - Polski Cukier Toruń pokonał wówczas Anwil Włocławek 72:68.
Mecz odbył się w Hali Widowiskowo-Sportowej im. Mieczysława Łopatki. I tak, pamiętam oczywiście, że to właśnie w tym mieście wielką sportową karierę zaczynał pan Mieczysław - od hokeja na trawie w miejscowej Sparcie, przez piłkę ręczną w Starcie, po koszykówkę w Kolejarzu. Jeśli Gniezno było miastem pierwszych polskich królów, to także z Gniezna pochodzi najwybitniejszy moim zdaniem polski koszykarz.
Ale w poważnym seniorskim graniu na poziomie centralnym Gniezno nigdy nie zaistniało. Złośliwi powiedzą, że nie istnieje do dziś, ale od 12 lat miejscowy MKK walczy w drugiej lidze. Raz lepiej, raz gorzej, ale walczy. A o tym, żeby napisać parę słów o Gnieźnie skłoniły mnie wyniki drużyny na początku tego sezonu. Sklep Polski MKK Gniezno - pod taką nazwą występuje zespół - po siedmiu kolejkach ma bilans 6-1 i jest wiceliderem grupy A. Ustępuje tylko zbudowanemu z weteranów (Karol Gruszecki!) Gremi Gdańsk, którego celem jest awans do pierwszej ligi. W bezpośrednim meczu w Trójmieście Gremi rozbiło MKK 80:53.
Zanurzyłem się trochę w tym Gnieźnie i dość szybko zauważyłem, że najbardziej popularne nazwisko w MKK to Konowalski. Arkadiusz - trener pierwszej drużyny. Tomasz - prezes i trener młodzieży. Hubert - rozgrywający pierwszego zespołu. Albert - obiecujący rzucający.
- No tak, jesteśmy rodziną - mówi Arkadiusz Konowalski, wspomniany trener lidera grupy A drugiej ligi. - Tomek jest moim bratem, pełni rolę prezesa klubu, a także trenera zespołu do lat 17. A Hubert i Albert to jego synowie, grają u nas na obwodzie. Pierwszy jest z rocznika 2004, a drugi z 2011 - opowiada trener MKK.
Zatrzymajmy się na chwilę przy Albercie, bo przykuł moją uwagę. Rocznik 2011, czyli ledwie 15-latek. Mierzy 191 cm wzrostu, gra głównie jako rzucający, ale przymierzany jest także do roli koszykarza kreującego grę. - Na treningach i w meczach dostaje czas na to, by pograć więcej z piłką, by uczyć się przeglądu pola, by zdobywać doświadczenie. Jego największym atutem jest rzut, ale chcemy go rozwijać także w innych kierunkach - mówi Arkadiusz Konowalski. Jego bratanek w tym sezonie rozegrał sześć meczów, zdobywał średnio po 10,2 punktu grając po 15 minut. Co ciekawe, w drugiej lidze debiutował już rok temu, zaliczył wówczas 10 spotkań. Ma też za sobą powołania do kadry do lat 15, na konsultacjach w Wałczu był ledwie kilka tygodni temu. Może warto zapamiętać to nazwisko?
Ale - jak podkreśla trener MKK - Gniezno to nie tylko klan Konowalskich. - Ten klub opiera się na pasjonatach, kilku wielopokoleniowych rodzinach i od kilku sezonów radzi sobie dobrze, choć w drugiej lidze jesteśmy raczej finansowym kopciuszkiem. Na szczęście mamy sponsora, Sklep Polski, dzięki osobie Darka Szeszyckiego, który wciąż gra w koszykówkę - jest w naszej drużynie rezerw, w trzeciej lidze, gdzie występuje zresztą ze swoimi synami.
W rozmowie z Arkadiuszem Konowalskim pojawia się motyw wychowanków. - Od początku chcieliśmy i wciąż chcemy, by stanowili oni dużą część pierwszej drużyny. Postawiliśmy na nich już w sezonie 2015/16, pierwszym po awansie do drugiej ligi, ale dostaliśmy nauczkę. Skończyliśmy sezon z bilansem 0-22 - dziś wspominamy to humorystycznie, ale wtedy to była dla nas sroga lekcja. Dużo się nauczyliśmy, dużo zrozumieliśmy. Od tamtej pory spokojnie budujemy klub, wiemy, nad czym musimy pracować, wzmacniamy się doświadczonymi graczami spoza Gniezna.
- Ale akurat w tym sezonie zdecydowana większość naszej drużyny to wychowankowie - tylko Paweł Krzebietke, Mikołaj Czyż i Bruno Świderek nie wychowali się u nas - zaznacza Konowalski. - W MKK mamy wszystkie grupy młodzieżowe poza tą do lat 19. Mamy dzieciaków, którzy trenują jeszcze przed cyklami rozgrywkowymi, myślę, że jest ich w Gnieźnie około 150. Mamy też klasy sportowe w szkole podstawowej nr 2 - zaznacza Arkadiusz Konowalski, który pierwszy zespół prowadzi od 2011 roku. Przez pięć lat był zresztą grającym trenerem, pierwszy sezon w drugiej lidze rozegrał też jako zawodnik.
Legendą drużyny jednak nie jest - to Dariusz Dobrzycki. Pochodzący z pobliskiego Kłecka obwodowy, który gra w MKK od 2005 roku. 42-letni obecnie weteran w sezonie 2021/22 zdobywał dla gnieźnieńskiej drużyny nawet 20,1 punktu na mecz. W obecnych rozgrywkach jeszcze nie pojawił się na boisku. - Darek nie zakończył kariery, ale już w zeszłym sezonie borykał się z kontuzją, teraz kończy rehabilitację. Jest przy drużynie, pełni rolę mojego asystenta, czekamy na jego powrót na parkiet - mówi Arkadiusz Konowalski.
MKK w drugiej lidze gra 12. sezon z rzędu. Zaczął od wspomnianego 0-22 w grupie D, ale wystąpił o dziką kartę i został przeniesiony do grupy A. Ostatnio zwykle zajmuje miejsce w górnej połówce tabeli, regularnie gra w play-off, ale bez większych sukcesów.
- Cele stawiamy sobie krótkoterminowe, chodzi o każdy następny mecz. Ale oczywiście chcemy awansować do play-off, do rundy dalszej niż druga, bo to jeszcze nigdy nam się nie udało - kończy Konowalski.
Gniezno, trzymam kciuki! Więcej, jak najwięcej basketu.
Łukasz Cegliński retweeted
Pomóżmy Maksowi w powrocie do zdrowia ❤️. Ma 13 lat i jest graczem młodzieżowych drużyn @basket_zg . Niestety poczas wakacji przyszła diagnoza - dzisiaj Maks walczy z rakiem i gra swój najważniejszy mecz - walczy o życie i zdrowie.
#plkpl #1LKosz @kkzastal @MGortat
Łukasz Cegliński retweeted
Andrzej Pluta zaszalał w Hiszpanii 🇪🇸
I to z jakim rywalem! Na tle Rubio i Lapprovitoli strzelił pięć trójek, jak to się ogląda!
Koszykarska poezja, brawo @jr_pluta 🇵🇱
Jutro na kanale @BasketwLiczbach wywiad z Andrzejem! 🏀
@KoszKadra #plkpl
Łukasz Cegliński retweeted
𝐒𝐊𝐎𝐌𝐄𝐍𝐓𝐔𝐉 𝐖𝐒𝐀𝐃 𝐃𝐄𝐕𝐈𝐍𝐀 🎙
📣 Zapraszamy na konkurs błyskawiczny. Sprawa jest prosta:
1. Nagrywasz swój komentarz do akcji z kapitalnym wsadem Devina Robinsona z drugiej kwarty meczu Śląsk vs. Astoria
2. Wysyłasz do wtorku, do godz. 12, plik (audio lub video) na adres [email protected]
3. Autor(ka) najlepszego zgloszenia wygrywa możliwość obejrzenia meczu ze specjalnego miejsca obok ławki Śląska tuż przy parkiecie Hali Orbita na jednym z dwóch najbliższych domowych spotkań WKS-u (do wyboru). I oczywiście fotkę z Devinem 😉
Liczymy na Wasze zaangażowanie! Pamietajcie - nie głos i warsztat się liczą, tylko autentyczność i emocje 🔥 #plkpl
Łukasz Cegliński retweeted
Andrzej Pluta Jr. vs. Joventut Badalona: 18 punktów (6/8 FG, 5/7 3PT, 1/2 FT), 4 asysty, 2 zbiórki, przechwyt, żadnych strat, 3 faule w 21 minut z ławki. Wyborny występ @jr_pluta 🔥 Basquet Girona z Polakiem na boisku +17. Triumf 101:87 🏀 #LigaEndesa #KoszKadra #ACBpl #plkpl






















