Honorata (@Honoraata) profile picture
Joined December 2020
Photo by Honorata (@Honoraata)Photo by Honorata (@Honoraata)Photo by Honorata (@Honoraata)Photo by Honorata (@Honoraata)Photo by Honorata (@Honoraata)Photo by Honorata (@Honoraata)Photo by Honorata (@Honoraata)Photo by Honorata (@Honoraata)Photo by Honorata (@Honoraata)Photo by Honorata (@Honoraata)
Coś w tym jest... Mogę tylko potwierdzić...👇
34
151
1,293
Brakuje tego głosu? Mnie tak.
5
13
1
111
7,427
Cep telefonu kullanımı bundan daha iyi anlatılmadı
740
15,871
900
61,607
3,487,842
Replying to @AnnaAramel
Dzień dobry, Pani Aniu! ☀️ Kiedy stawiasz Boga na pierwszym miejscu, wszystko inne trafia na właściwe miejsce. Żadnych kompromisów w kwestii wartości! Pięknego dnia! ❤️
1
2
27
"God has permitted and does permit us to be shaken by adversity. Difficult times lie ahead. We will be greatly tested. We have to take this warning seriously and live spiritually… Many saints would have loved to have lived in our times and have had our chance to struggle for Christ… Our struggle matters because it is not a struggle against an Ali Pasha, or a Hitler and a Mussolini, but a struggle against the devil himself. For this reason, our wages will be heavenly… The saints will become more holy and the vile will become more vile. Yet I feel great consolation inside. This is only a storm; like past storms, it will pass. May the Good God take evil and turn it into good. Amen." + St. Paisios the Athonite
1
63
5
426
4,202
El matrimonio cristiano no consiste en encontrar a alguien que te haga feliz. Consiste en aprender a amar como Cristo. El Evangelio no presenta el matrimonio como un contrato temporal, sino como una alianza para toda la vida: "Lo que Dios ha unido, que no lo separe el hombre" (Mt 19,6). Amar cuando todo va bien es fácil. La verdadera entrega se revela cuando llegan la enfermedad, las dificultades, el cansancio y los días en los que amar exige sacrificio. Por eso, el matrimonio es mucho más que compartir una vida: es caminar juntos hacia Dios, sostenerse en la debilidad y ayudarse mutuamente a crecer en santidad. Cristo amó a su Iglesia hasta entregarse por ella. Ese es el horizonte del amor conyugal: un amor fiel, fecundo y dispuesto a darse, no a utilizar al otro. Y cuando llegan los hijos, si Dios los concede, ese amor se abre también a la tarea de educar, cuidar y transmitir la fe a una nueva generación. El sacramento no promete una vida sin problemas. Ofrece la gracia para afrontarlos juntos, perdonarse, levantarse y volver a elegirse cada día. Porque el matrimonio cristiano no es solo una historia de amor entre dos personas. Es una vocación en la que dos almas pueden ayudarse a llegar al cielo. 🙏✝️
34
458
32
1,980
33,019
1
10
49
492
„Ateizm, w dziewięciu przypadkach na dziesięć, rodzi się z łona nieczystego sumienia. Niewiara rodzi się z grzechu, a nie z rozumu” - napisał bł. Fulton Sheen. Kiedyś bardzo uderzyły mnie te słowa. Nieraz wracają mi w myślach na temat niewiary. Mogą wydawać się dość prowokacyjne, ale dość jest w nich prawdy, aby się przy nich zatrzymać. Ateizm jest często owocem grzechu. Trudno o zdanie bardziej obraźliwe dla współczesnej pychy. Ateista lubi czasem przedstawiać się jako człowiek, który przestał wierzyć, ponieważ zaczął myśleć. Arcybiskup Sheen zauważył jednak, że bywa dokładnie odwrotnie: człowiek zaczyna intensywnie myśleć o odrzuceniu Boga, ponieważ wcześniej postanowił przestać słuchać sumienia. Łatwiej przecież udowodnić, że Bóg nie istnieje, niż przyznać, że człowiek żyje źle. Łatwiej wykreślić sześć liter ze słowa „grzech”, niż wykreślić jeden grzech ze swojego życia. To trochę tak, jakby złodziej, zamiast przestać kraść, napisał uczoną rozprawę o tym, że własność prywatna jest przesądem. I oto człowiek, który nie potrafi odmówić sobie jednej przyjemności, ogłasza z dumą, że nie potrzebuje żadnego Pana nad sobą. Oczywiście istnieją ateiści, którzy uczciwie szukają prawdy, podobnie jak istnieją wierzący, którzy uczciwie starają się jej unikać. Ale jest też niewiara, która nie wynika z braku dowodów, lecz z nadmiaru niewygodnych przykazań. Bóg jest mile widziany jako zagadka filozoficzna, ale staje się nieznośny, gdy zaczyna mówić o wierności, uczciwości, czystości i nawróceniu. Człowiek chętnie zgodziłby się, że Bóg stworzył miliardy gwiazd, gdyby tylko nie interesował się tym, co robi on sam po zgaszeniu światła. Dlatego niektórzy z wielką odwagą wypowiadają wojnę Niebu, choć nie mają odwagi wypowiedzieć wojny własnym nałogom. Potrafią wyśmiewać ludzi klękających przed Bogiem, a sami klękają przed każdą zachcianką, która obieca im trochę przyjemności. Nazywają to wyzwoleniem od religii. Jednak jest to wolność, w której człowiek zrzuca z siebie jarzmo Boga tylko po to, by założyć sobie smycz własnych pragnień. Niestety ateista, który odrzuca Boga, by nie zmieniać życia, ma w Kościele całkiem liczne grono naśladowców. Są chrześcijanie, którzy wierzą w dziesięć przykazań, ale traktują je jak dziesięć propozycji do swobodnego wyboru. Wierzą w Sąd Ostateczny, lecz zachowują się tak, jakby mieli już zapewnione uniewinnienie. Bronią Boga przed ateistami, a przed samym Bogiem bronią swoich grzechów. Różnica bywa więc zaskakująco mała. Jeden mówi: „Boga nie ma, więc mogę robić, co chcę”. Drugi mówi: „Bóg jest miłosierny, więc mogę robić, co chcę”. Pierwszy usuwa Boga z nieba, drugi zamyka Go w kościele. Obaj zaś mają ten sam cel: żeby Bóg przypadkiem nie wszedł im w drogę. Człowiekowi nie zawsze przeszkadza to, że Bóg nie odpowiada na jego pytania. Czasem najbardziej przeszkadza mu to, że Bóg zbyt jasno odpowiedział, jak należy żyć.
28
180
5
622
8,372
"Zastanówmy się też wspólnie nad pewnym bolesnym paradoksem, który jawnie przeczy logice. Gdy poronienie przedwcześnie zabiera wyczekiwane maleństwo, pogrążeni w bólu rodzice płaczą, czując całą swoją istotą, że stracili żywą, ukochaną osobę – Kogoś. A jednak, gdy na tym samym etapie ciąży uśmierca się bezbronne życie, wmawia się nam, że pozbyto się jedynie problemu – czegoś. Nasza wola nie ma magicznej mocy stwarzania lub odbierania komuś człowieczeństwa. W obronie rozumu nie możemy godzić się na to nielogiczne rozdwojenie". - napisal dziś @BpWazny. Czy zwolennicy aborcji naprawdę nie widzą tego paradoksu?
40
35
2
222
8,055
The devil does not rejoice when you fall.
 He rejoices when you stay down. We often believe that hell celebrates every sin of ours. It is not so. For the demons, the fall is only a tool. They know very well that a fallen person can rise again, for they have seen it too many times. They saw David rising from adultery and the shedding of innocent blood, with “Have mercy on me, O God” on his lips. They saw Peter, after denying Him three times, going out and weeping bitterly. They saw the thief entering Paradise first, from a cross. It is not your fall they want. They want what comes after it: the moment when you say to yourself, “There is no longer any escape for me.” Peter and Judas fell on the same night. It was not the sin that separated the two, but what they did afterward. Peter wept and returned. Judas no longer believed he could be forgiven; he remained alone with his sin and perished. The Holy Fathers, who knew the warfare of thoughts better than anyone, exposed this cunning. Before the sin, the enemy whispers to you: “Go ahead, God is good, He will forgive you.” 
After the sin, the same voice tells you: “God is just. For you it is too late.” Beforehand, he shows you a God too mild to stop you. Afterward, he shows you a God too severe to receive you anymore. Neither of them is the true God. The liar is the same; only the mask has changed. The Unseen Warfare, the book that St. Nicodemus the Hagiorite gave to the Church, teaches us something else that disarms us. The black turmoil after the fall is not humility, but wounded pride. It comes from a soul that is astonished that it could fall, because it believed itself stronger than it was. The humble person is not astonished when he falls. He weeps, rises, and runs to God. St. John Climacus says that nothing is greater than the mercy of God, and that the one who despairs kills his own soul. St. Isaac the Syrian says that all the sins of men, placed beside the mercy of God, are like a handful of sand thrown into the sea. If you are down now - after an old sin, after a passion you can no longer escape, or after a shame you have told no one listen: The thought that tells you “it is too late” is not the voice of conscience. It is the voice of the one who has never known repentance. You do not have to be clean in order to return. You return in order to be cleansed. You do not have to have strength in order to rise. Simply say, with whatever strength is left to you: “Lord Jesus Christ, have mercy on me.” The rest is His work. Hell needs you to stay down. Heaven needs only that you lift your eyes. Look at the icon of the Resurrection. Christ descended even into hell to take Adam by the hand and lead him out. However low you are now, the floor you stand on is not deeper than hell. Rise. Again. And again. Until your last breath.
51
571
15
2,853
37,022
Urodził się w spolonizowanej, bardzo zamożnej rodzinie żydowskiej jako Stanisław Jerzy de Tusch-Letz. Jego ojciec był austriackim baronem. Pisarz skrócił i spolszczył swoje nazwisko na „Lec”, co po hebrajsku oznacza „żartowniś”, „satyryk” lub „błazen”. Zrobił to, zanim jeszcze na dobre zajął się pisaniem satyry – nazwisko okazało się więc genialnym proroctwem. Lec przed wojną i w jej trakcie miał silne przekonania lewicowe. Po wojnie został m.in. attaché prasowym PRL w Wiedniu. W 1950 roku przeżył jednak kryzys ideowy, porzucił placówkę dyplomatyczną i uciekł do nowo powstałego Izraela wraz z żoną i synem. Po dwóch latach spędzonych na emigracji zaczął straszliwie tęsknić za Polską i... językiem polskim. Zdecydował się na krok samobójczy z punktu widzenia politycznego – w 1952 roku wrócił do stalinowskiej Polski. Władze komunistyczne ukarały go całkowitym zakazem publikacji, a jego książki wycofano z bibliotek. Do łask (i druku) wrócił dopiero po odwilży w 1956 roku. Nawet na łożu śmierci w 1966 roku nie opuszczał go wisielczy humor. Gdy leżał w szpitalu chory na raka, wydawca przyniósł mu do korekty najnowsze wydanie jego aforyzmów. Lec popatrzył na swoje zapiski, potem na lekarza i powiedział: „Żyć jest bardzo niezdrowo. Kto żyje, ten umiera”. Sentencja ta weszła na stałe do kanonu jego twórczości. Lec zrewolucjonizował polską satyrę, tworząc system „szyfru” w czasach cenzury. Pisał tak wieloznacznie, że cenzorzy komunistyczni często nie rozumieli ukrytej krytyki systemu ukrytej w jego zdaniach. 👇🤩👇 "On dwukrotnie uciekał z obozu koncentracyjnego. Dwukrotnie został schwytany. Po drugim razie dali mu łopatę, aby wykopał sobie grób. Tą samą łopatą zabił strażnika, przebrał się w jego mundur i uciekł – tym razem skutecznie. Później mówił: „Romantyk uznałby dekoracje za odpowiednie i umarł. Ja jestem humorystą. Zabiłem go łopatą”. To był Stanisław Jerzy Lec – poeta, satyryk, filozof, jeden z największych aforystów XX wieku. Mistrz krótkiej, ciętej myśli, która trafia prosto w sedno. 💭 O życiu: — Ludzie są samotni, bo zamiast mostów budują mury. — Bez wyjścia nazywamy sytuację, z której wyjście nam się nie podoba. — Myślałem, że spadłem na samo dno, aż tu nagle zapukali od spodu… — Technika techniką, ale winda psuje się częściej niż schody. — Nie każda szara masa ma coś wspólnego z mózgiem. — Wiele bumerangów nie wraca. Wybierają wolność. — Nieznajomość prawa nie zwalnia od odpowiedzialności. A znajomość – często tak. — Optymizm i pesymizm różnią się tylko datą końca świata. — Światem rządzi przypadek. Ciekawe tylko – kto rządzi przypadkiem? — Życie to szkodliwa rzecz. Wszyscy na nie umierają. 💭 O człowieku: — Po rozmowie z niektórymi ludźmi mam wyraźny kompleks wyższości. — Dach nad głową często nie pozwala ludziom rosnąć. — Wielu zerom wydaje się, że są orbitą, po której kręci się świat. — Ten, kto nie zna się na niczym, może zająć się wszystkim. — Jego sumienie jest czyste. Nigdy nieużywane. — Gdyby zwierzę zabiło z premedytacją, byłby to ludzki czyn. — Znałem człowieka tak mało oczytanego, że musiał sam wymyślać cytaty klasyków. — Granica między światłem a cieniem – to ty. — Bóg stworzył nas na swój obraz i podobieństwo. Ale skąd pewność, że pracował w realistycznym stylu? Kawa z mlekiem"
7
123
5
423
16,395
Nie wiem, czy największym dramatem współczesnego Kościoła są puste ławki. Coraz częściej zastanawiam się, czy nie jest nim raczej pustka w sercach tych, którzy w tych ławkach wciąż siedzą. Bo można odejść od Kościoła, nie wychodząc z niego ani na krok. Można przez całe życie uczestniczyć we Mszy Świętej, znać wszystkie modlitwy, przestrzegać religijnych zwyczajów, a jednak nigdy naprawdę nie spotkać Boga. Można odziedziczyć wiarę po rodzicach tak samo, jak dziedziczy się rodzinne nazwisko albo stary zegar, który od dawna nie chodzi, lecz wciąż wisi na ścianie. Człowiek, który odchodzi, przynajmniej zauważył, że stoi przed jakimiś drzwiami. Ten zaś, który pozostaje wyłącznie z przyzwyczajenia, może nawet nie wiedzieć, że za nimi jest Ktoś, kto na niego czeka. Nie twierdzę, że odchodzący są lepsi od pozostających. Twierdzę jedynie, że obecność w kościele nie jest jeszcze dowodem obecności Boga w ludzkim życiu. Chrześcijaństwo nie narodziło się przecież po to, aby zapełniać budynki, ale po to, aby przemieniać serca. Najbardziej niepokoi mnie więc nie niewiara tych, którzy otwarcie mówią, że nie wierzą, lecz obojętność tych, którzy bez najmniejszego wahania nazywają siebie wierzącymi. Niewierzący przynajmniej stawia pytania, z którymi można się zmierzyć. Obojętny nie potrzebuje odpowiedzi, ponieważ dawno przestało go cokolwiek obchodzić. Bóg nie jest dla niego ani wielką miłością, ani wielkim problemem. Jest po prostu jednym z elementów wyposażenia życia, obok rodzinnych uroczystości, świątecznych tradycji i niedzielnych obowiązków. A przecież Chrystus nie umarł na krzyżu po to, abyśmy mieli piękne zwyczaje. Nie zmartwychwstał po to, abyśmy mogli spokojnie zachowywać religijne pozory. Ewangelia jest zbyt ważna, aby uczynić z niej niewinną dekorację codzienności. Jeśli traktujemy ją poważnie, musi czasem zakwestionować nasze wybory, naruszyć święty spokój, odebrać wygodne usprawiedliwienia. Tymczasem zdarza się, że bronimy Kościoła z wielką zaciekłością, a z zadziwiającą łatwością odmawiamy przebaczenia, pogardzamy drugim człowiekiem, usprawiedliwiamy własną nieuczciwość. Potrafimy oburzać się na tych, którzy odchodzą od wiary, nie zauważając, jak daleko sami odeszliśmy od Ewangelii. Wtedy pojawia się pytanie wyjątkowo bolesne: czy ludzie odrzucają dziś Chrystusa, czy raczej Jego obraz, który zobaczyli w nas? Nie chodzi oczywiście o to, aby oskarżać tych, którzy pozostali wierni Kościołowi. Przeciwnie, chodzi o to, abyśmy zrozumieli, jak wielka spoczywa na nas odpowiedzialność. Bo jeśli chrześcijaństwo jest prawdą, nie może być tylko dodatkiem do życia. Jeśli Bóg rzeczywiście stał się człowiekiem, to nie wydarzyło się nic ważniejszego w całej historii świata. A jeśli Chrystus naprawdę zmartwychwstał, to nie wolno nam żyć tak, jakby nadal leżał w grobie. Kościół nie odzyska wiarygodności samym przekonywaniem odchodzących, że powinni wrócić. Odzyska ją wtedy, gdy ci, którzy pozostali, zaczną żyć w taki sposób, że inni zapragną zapytać, skąd bierze się ich nadzieja, miłość i odwaga. Być może największym problemem Kościoła nie jest dziś to, że zbyt wielu ludzi przestało w niego wierzyć, ale to, że zbyt wielu z nas przyzwyczaiło się do wiary, która niczego już od nas nie wymaga. Zanim zapytamy, dlaczego oni odeszli, powinniśmy odważyć się na pytanie znacznie trudniejsze: czy my, którzy zostaliśmy, naprawdę idziemy za Chrystusem?
20
49
1
183
4,515
Poezja na dobranoc 💫
3
16
242
Herezja dobrych uczynków, czyli jak zostać zbawionym bez Boga Istnieje pewna herezja, która jest szczególnie niebezpieczna, ponieważ wygląda niemal jak cnota. Polega na przekonaniu, że wystarczy być dobrym człowiekiem, aby dostać się do nieba. Nie trzeba się modlić, korzystać z sakramentów ani specjalnie przejmować się życiem z Bogiem. Wystarczy nikogo nie krzywdzić, czasem komuś pomóc, być uczciwym i przyzwoicie przeżyć swoje życie. Trudno się z tym spierać, bo przecież trudno mieć coś przeciwko dobrym ludziom. Kłopot w tym, że chrześcijaństwo nie powstało po to, aby przekonać złych ludzi do bycia trochę lepszymi. Powstało dlatego, że nawet dobrzy ludzie potrzebują Zbawiciela. Gdyby do nieba można było dostać się za dobre zachowanie, Chrystus nie musiałby umierać na krzyżu. Wystarczyłoby, żeby wygłosił kilka pięknych kazań o uczciwości, pomocy ubogim i szacunku dla bliźnich, a potem spokojnie wrócił do Ojca. Tymczasem On nie przyszedł tylko po to, by powiedzieć nam, jak mamy żyć. Przyszedł, aby dać nam życie, którego sami nie jesteśmy w stanie sobie dać. I właśnie tutaj kryje się największe nieporozumienie. Człowiek zaczyna wierzyć, że jeśli zrobi wystarczająco dużo dobrego, Bóg nie będzie mu już do niczego potrzebny. Zachowuje wszystkie chrześcijańskie obowiązki wobec bliźniego, ale pozbywa się samego Chrystusa. To trochę tak, jakby ktoś z wielkim zapałem przygotowywał dom na przyjęcie gościa, a gdy ten wreszcie zapuka do drzwi, odpowiedział, że nie ma już potrzeby wchodzić, bo wszystko zostało pięknie posprzątane. Nie znaczy to oczywiście, że dobre uczynki są nieważne. Przeciwnie, są tak ważne, że Chrystus uczynił z miłości bliźniego jeden ze znaków naszej miłości do Boga. Ale istnieje ogromna różnica między czynieniem dobra dlatego, że żyjemy Bogiem, a czynieniem dobra po to, żeby już Boga nie potrzebować. Jabłoń nie żyje dzięki temu, że rodzi jabłka. Rodzi jabłka dlatego, że żyje. Gdyby uschniętemu drzewu przywiązać do gałęzi sto pięknych owoców, nie stałoby się przez to ani odrobinę bardziej żywe. Podobnie jest z człowiekiem. Można mieć ręce pełne dobrych uczynków, a serce zamknięte na Bożą łaskę. Można pomagać biednym, odwiedzać chorych, wspierać potrzebujących i jednocześnie uważać, że modlitwa, spowiedź czy Eucharystia są właściwie niepotrzebne. A przecież Bóg nie daje nam sakramentów dlatego, że lubi religijne ceremonie. Daje je, ponieważ chce dawać nam samego siebie. Chrześcijaństwo nie polega na tym, że człowiek od czasu do czasu robi coś dobrego dla Boga, ale na tym, że pozwala Bogu czynić dobro w sobie i przez siebie. W tym właśnie tkwi różnica między świętym a człowiekiem przekonanym o własnej doskonałości. Święty może zrobić tysiąc dobrych rzeczy i nadal wiedzieć, że bez Boga jest ubogi. Człowiek pyszny zrobi jedną i już uważa, że niebo jest mu coś winne. Pierwszy dziękuje za łaskę. Drugi wystawia rachunek. Pierwszy chce kochać Boga. Drugi chce, żeby Bóg docenił jego osiągnięcia. I chyba nie ma większego nieszczęścia w życiu religijnym niż chwila, w której człowiek zaczyna traktować Boga jak urzędnika mającego obowiązek zatwierdzić jego dobre sprawowanie. 1/2
20
157
2
607
17,851
Honorata retweeted
Ale fota! Kielce, Wojciech Karliński.
21
39
2
466
7,067
W sedno. Siedzieliśmy kiedyś w trójkę z kolegami na oparciu ławki pod klatką i robiliśmy sobie podśmiechujki z przechodniów. I nagle jeden się zatrzymał, dał po razie każdemu, ścianą klatki oddała i tak siedzieliśmy załzawieni jak debile. To była na całe życie nauczka.
118
309
6
3,627
80,664
Na miły wieczór - p. Henryk "Mewa" Strąpoć, rolnik świętokrzyski i żywy swego czasu dowód na to, że z tymi dyplomami ze szkół mechanicznych to wielka przesada. Jego pierwszym dziełem był jeszcze w l. 30 pistolet, który powstał w ten sposób, że krewny policjant pokazał mu, jak wygląda i działa Browning z 1900. W swoim warsztaciku, w którym miał pilniki, przebijak skrętny do nagwintowania lufy i cycek do skręcania sprężyn, p. Strąpoć skonstruował ich jeszcze przed wojna kilkanaście i sprzedawał nielegalnie, a sam miał jako broń osobistą przez cały czas. Oprócz tego świadczył różne usługi mechaniczno-rolnicze sąsiadom i nikt się go nie czepiał.
26
108
5
871
36,325
Najbardziej ujmujące dla mnie w tym wizerunku Matki Bożej jest to, że Jej twarz zdaje się być nabrzmiała, lekko opuchnięta, tak jak zwykle ma to miejsce w czasie ciąży. Widać też krągłości pod suknią. Zastanawialiście się kiedyś jaki to był czas dla Maryi te 9 miesięcy?
In 1531, an image appeared on a poor man’s cloak. The fabric should have decayed. The colors should not exist. Yet it endures, and science still can’t explain it. This is the story of the tilma of our Lady of Guadalupe, a 🧵
6
14
143
2,905
Z ogromnym bólem informuję, że dziś w nocy zmarł mój najbliższy przyjaciel Waldemar Krysiak - Myślozbir (@myslozbir). Waldek był dla tysięcy osób głosem, który znali z internetu. Dla mnie był przede wszystkim jednym z najbliższych ludzi w moim życiu i w tej chwili bardzo trudno mi znaleźć słowa. Proszę, podajcie tę wiadomość dalej, żeby dotarła do osób, które Waldka znały, czytały, oglądały i które były z nim związane przez te wszystkie lata. O szczegółach dotyczących pożegnania poinformujemy, kiedy będziemy mogli.
1,299
1,843
429
9,529
1,718,675
Honorata retweeted
Bywał bo był starszym dalekim kuzynem Iwaszkiewicza. Dziś rocznica urodzin Karola Szymanowskiego. Jeden z naszych największych kompozytorów XX wieku. Człowiek o ogromnym talencie, równie ogromnym ego i niefrasobliwym podejściem do pieniędzy. Lubił piękne ubrania, podróże, luksus i życie wśród bohemy artystycznej. Dbał o wygląd, miał świetne maniery i ogromny urok osobisty. Był próżny i bardzo świadomy własnej pozycji. Marzył o statusie gwiazdy na miarę Paderewskiego. Do tego alkohol, 60 papierosów dziennie i depresja. Pod koniec życia jego sytuacja finansowa była naprawdę trudna. Nie miał stałych dochodów, a jednocześnie pomagał finansowo matce i siostrom. Żeby zarabiać, koncertował po całej Europie. Napisał nawet IV Symfonię koncertującą z myślą o sobie jako pianiście, żeby móc zarabiać na jej wykonywaniu. Prywatnie był homoseksualistą. Najmocniej widać to w „Efebosie”, niedokończonej powieści o miłości, sztuce i pożądaniu. Tekst był na tyle osobisty, że za życia kompozytora praktycznie nie mógł ujrzeć światła dziennego. Część rękopisu przechowywał Iwaszkiewicz, a pozostała spłonęła w warszawskim mieszkaniu Szymanowskiego we wrześniu 1939. Do dziś znamy tę powieść tylko z zachowanych fragmentów. Pisał też teksty publicystyczne, tworzył szkice literackie i wiersze. Muzycznie przeszedł kilka etapów - późny romantyzm, potem fascynacja Sycylią, Afryką Północną i kulturą Orientu. W końcu Zakopane i odkrycie Podhala i to z tego zachwytu narodziły się “Harnasie”. A nad tym wszystkim unosi się jego opus magnum czyli „Król Roger”, opera, którą współtworzył z Iwaszkiewiczem. Nie doczekał starości, chorował na gruźlicę, coraz bardziej tracił głos i siły. W 1935 musiał opuścić ukochaną willę „Atma” w Zakopanem, przebywał w sanatoriach we Francji i Szwajcarii. W lutym 1937 praktycznie nie mógł już mówić ani jeść. Zmarł 29 marca w Lozannie. Miał 54 lata. Przy jego śmierci były sekretarka Leonia Gradstein i siostra Stanisława. Pogrzeb odbył się na koszt państwa, a Szymanowski spoczął w Krypcie Zasłużonych na Skałce.
Replying to @olasempruch
Willa Aida była podarunkiem dla nowożeńców Anny i Jarosława Iwaszkiewiczów od teścia Lilpopa. Tam też bywali muzycy, pisarze, a częstym gościem był kompozytor Karol Szymanowski. W Aidzie schronienie znalazło wielu rannych żołnierzy AK i rodzin po powstaniu.
3
6
53
2,118